Święta, święta

Dziś kilka słów o tradycji Wielkanocnej.

Generalnie w Polsce właśnie trwają przygotowania do świąt, pieką się ciasta, wędliny, mięsa. Jutro jeszcze ostatnie porządki, potem poświęcić Święconkę i uff… możemy zasiąść w swoim fotelu i grzecznie czekać do porannego śniadanka z pysznościami. MNIAAAM!

Jak to jest w kanaryjskiej rzeczywistości? Czy też nawet myślę, że powinnam powiedzieć – hiszpańskiej ;)

No więc tu święta właśnie dobiegają Końca :)
W hiszpanii nie świętuje się jak u nas Niedzieli i Poniedziałku wielkanocnego. Tutaj mamy Semana Santa – czyli Święty (wielki) Tydzień. Najważniejszymi dniami są Czwartek i Piątek.
W zasadzie główny to chyba Wielki Piątek, bo nawet Carrefoure’a zamknęli ;)

Niestety nie bardzo wiem jak to się odbywa w tutejszych domach rodzinnych, ponieważ kultywujemy naszą polską tradycję. A właściwie to tych świąt w zasadzie nie obchodzimy tylko jeździmy sobie na małe wakacje :)

Tak czy inaczej święta nie są tu tak bardzo celebrowane jak w Polsce.
U nas to wielkie przygotowania, kupa wymyślnego jedzenia, 2 dni wolne od pracy, spędzane głównie w gronie rodzinnym.
Tu w zasadzie jest to jeden dzień i chyba wszelkie podobieństwa kończą się na wielkich zakupach w przeddzień. Chociaż biorąc pod uwagę, że wielkie zakupy robi się tu nawet przed wyborami (jakby od następnego dnia miało zabraknąć wszystkiego w sklepach) to chyba nie bardzo nawiązuje to do klimatu świątecznego ;)
Nie ma też święconki – a przynajmniej nie widziałam ludzi z koszyczkami.

No i co jeszcze?

Otóż większość kanaryjczyków spędza swój jedyny świąteczny dzień w: KFC, McDonaldzie, innych podobnych knajpkach, oraz.. na spacerze po Carrefourze (oglądając zamknięte sklepy oczywiście).

Jak dla mnie mało to świąteczne :)

(…)

Hehe, przypomniało mi się jak podczas pierwszej “kanaryjskiej Wielkanocy”, a byliśmy tu zaledwie kilka dni, w Lany Poniedziałek przylazł do nas robol instalować telefon :) Strasznie to było dziwaczne :D

(…)

Święta za pasem, w zasadzie już jutro, więc życzę Wam wszystkim:

Smacznego jajka oraz (koniecznie!) mokrego poranka w Wielkanocny Poniedziałek :)

*** WESOŁYCH ŚWIĄT ***

Un té, por favor

I znowu mi się przypomniało :) Pierwsze zetknięcie w ogóle z Hiszpanią..
I herbata ;)

 

Jadąc na wyspę musieliśmy zatrzymać się na prawie tydzień w okolicach Cadiz, by poczekać na prom. Wypływa on raz na tydzień, no a my mieliśmy pecha i uciekł nam niemalże spod nosa :)

 

Zatrzymaliśmy się więc w hoteliku i, skoro i tak nie mieliśmy konkretnego zajęcia to uczyliśmy się języka, łaziliśmy po ulicach, oglądaliśmy i ogólnie szukaliśmy sobie coś do roboty.
Trochę odbiegając od tematu – to był ten tydzień, przez który nauczyliśmy się więcej hiszpańskiego niż przez ten cały prawie już dwuletni pobyt na kanarach ;)

 

Ale – musieliśmy też jeść. Więc chodziliśmy sobie po knajpkach. Oczywiście obowiązywał język hiszpański, toteż wyposażeni w rozmówki staraliśmy się odkryć Co też zamawiamy i sprawdzać czy to co otrzymaliśmy to naprawdę to co chcieliśmy ;)

Generalnie niespecjalnie trudne to było i nic nas specjalnie nie zaskoczyło. Niespodziewany problem natomiast pojawił się przy zamówieniu.. herbaty.

Herbata po hiszpańsku to “té”, ale te ma też inne znaczenia, oczywiście będąc inaczej akcentowane. Próbowaliśmy na wszelkie sposoby wymówić te dwie straszne literki, ale raczej nie da się akcentować ich inaczej, ani inaczej powiedzieć. A kelnerzy zawsze baranieli i robili małpie oczy kiedy wymawialiśmy ten okropny wyraz. W końcu zawsze udawało się otrzymać ten nieznany napój, jednak wymagało to ogromnego wysiłku :)

 

Kiedy dojechaliśmy na wyspę nasz kolega objaśnił nam, że hiszpanie to naród kawoszy, oni piją kawę od rana do nocy i w zasadzie tylko kawę. Jak ktoś zamawia herbatę to tak jakby w Polsce zamówić w knajpie rumianek :)
Poradził nam też, żeby zamawiać nie “un té” ale “taza de té” – filiżankę herbatki. I radę tę przekazuję Wam wszystkim, bo pomimo tego że przykładowy hiszpan trochę baranieje przy takim zamówieniu, to chociaż wie o co chodzi :D

Opublikowane w: on marzec 12, 2008 at 2:46 pm Dodaj komentarz

Zaparkujmy gdzieś

W zasadzie to żadna tajemnica, że w każdym z południowych krajów istnieje problem z parkowaniem. Słyszałam to z wielu źródeł, a będąc i w Hiszpanii i w Grecji, no i teraz mieszkając tutaj, mogłam to tylko potwierdzić.

Samochodów jest mnóstwo, samochody są wszędzie. Znalezienie miejsca w ciągu dnia graniczy z cudem. Ulice, mimo iż wąskie oblężone są po obu stronach samochodami. Wygospodarowane pod parkingi miejsca obstawione. Można czasem jeździć w kółko pół godziny zanim znajdzie się kawałek miejsca.

Nie umiem powiedzieć dokładnie jak gdzie indziej jest, ale tu na kanarach już zdążyłam zorientować się, że każda rodzina znajduje się w posiadaniu nie jednego, a minimum kilku egzemplarzy pojazdów mechanicznych, więc w sumie problem nie powinien dziwić. Ale i tak dziwi.

No ale tak naprawdę to przypomniała mi się nasza ostatnia historyjka, związana właśnie z parkowaniem.

Otóż pojechaliśmy, ot tak sobie, załapać trochę słońca do Puerto Rico. Oczywiście trzeba zaparkować. Wiedząc dokładnie dokąd zmierzamy postanowiliśmy zostawić naszą sabinkę przy porcie, na płatnym parkingu. Przed szlabanem otrzymaliśmy info, że ów parking jest “Completo”. Mieliśmy czas, więc poczekaliśmy. Faktycznie zajęło to z 5 minut. Przekraczając szlabanik Mike ze śmiechem powiedział: “zaraz okaże się że miejsca do parkowania było tu mnóstwo”.

I wiecie co? Oczywiście tak właśnie było :)

(…)

Dziwić się? eeeh, na Kanarach żyjemy przecież :) Tu zdarzyć może się wszystko :D

Opublikowane w: on marzec 4, 2008 at 10:07 pm Dodaj komentarz

A jednak SĄ !

Są ! Są krowy na wyspie ! Znaleźliśmy je w końcu !!

Czyż to nie wspaniałe? ;)

 

Objeżdżaliśmy kolejny raz naszą małą Tratwę i nagle, gdzieś na wysokości Arucas zauważyliśmy takie biało-czarne zwierzątka.

 

W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że to jak zwykle sztuczne.

W końcu kanaryjczycy uwielbiają wszystko co sztuczne. I tak np. wzdłuż dróg stoją sobie: sztuczne krowy, sztuczne kozy, sztuczne pomidory wielkości słonia, sztuczne kabaczki etc. :)

 

W każdym razie te krowy się Ruszały ! Wnioskujemy więc, że były żywe :D W naprawdę zabójczej ilości, max. 30 sztuk hehehe.

 

No dobra, skoro krowy już są, to ciekawe, kiedy nauczą się tu wyrabiać prawdziwy, pyszny, twarogowy biały ser ?

 

… MAAAARZEEEENIAAAA …

 

Opublikowane w: on wrzesień 9, 2007 at 10:51 pm Komentarze (11)

Impreza w stylu “Canary Island”

Wprawdzie minęło od niej już czasu sporo, chyba ładne 2 miesiące, ale do tej pory nie miałam okazji podzielić się moimi wrażeniami z pierwszego, prawdziwie kanaryjskiego party.

Generalnie o imprezie mówiono głośno i dużo już na dwa tygodnie wcześniej. Miało to być Wielkie Grilowanie i Popijawa.

A, zapomniałabym o najważniejszym – party organizowane było przez kolegów z kapelki, w której gra mój przewspaniały Mąż (Mężu niech ci palma przez to do głowy nie uderzy :) ). A okazja? Okazja zawsze się znajdzie, jak to mawiają u nas. Tu tą okazją była sesja fotograficzna Zespołu, która odbywała się tuż przed imprezką :)

Plan był taki: kupujemy żarcie i picie i jedziemy na grila do Aguimes.

Tak więc chętni i gotowi po godzinie 22giej tego piątkowego wieczora spotkaliśmy się pod naszym domkiem. Wsiedliśmy w samochodziki (oczywiście minimalną ich ilość) i pojechaliśmy.
Po drodze oczywiście okazało się, że trzeba jeszcze poczekać na Danny’ego (wokalista z Urugwaju), Alex (kanaryjski basista) musiał po ważne rzeczy pójść do domku (magnetofon i gitare, oraz szalik!!), a potem jeszcze Hector (gitara nr 1 z Urugwaju) musiał nam znieść wałówkę (bo oczywiście okazało się, że “żonę boli gardło” więc standardowo musiał zostać w domu :) Tak dla wyjaśnienia – żona była też zaproszona na party, a Hector zawsze ma jakąś wymówkę związaną z żoną kiedy ma się stawić na próbie..). Na szczęście ostatni członek kapeli – Pedro (najmłodszy, większość czasu spędza na kontynencie na studiach, chyba jest z Hiszpanii, w zespole – gitarzysta nr 2) gotowy spokojnie czekał z nami w samochodzie. Potem jeszcze trzeba było zatankować, a przy okazji każdy musiał napić się kawy z automatu (dla uściślenia – było tak ok. 23ciej…).

W końcu udało się i wyruszyliśmy dalej jadąc zabójczą prędkością 60 km/h (Alex powoził). Dojechaliśmy do Aguimes, ale na zaplanowanym miejscu (takim grilowym placyku) panowało mocno zniechęcające wietrzysko. Po krótkiej Naradzie nasi Wielcy Organizatorzy ustalili Nowe Miejsce – w Barranco de Guayadeque, gdzie niezwłocznie się udaliśmy.

Marta, chyba nie będziesz zadowolona jak to przeczytasz, bo wiesz – okazało się, że tam gdzie zakończyliśmy naszą wycieczkę to to Barranco dopiero się zaczynało. Wąwóz ten ciągnie się i ciągnie, całkiem spory kawałek i na samym końcu jest taka słynna restauracja – jedna z jego atrakcji, a po drodze chyba muszą gdzieś być te zamieszkane jaskiniowe mieszkania, ale że było ciemno to nie widzieliśmy żadnej :) .

Ale wróćmy do tematu – rozgościliśmy się z naszym prowiantem nieco przed wspomnianą restauracyjką, na grilowym miejscu, zebraliśmy gałązek, ale jakoś pomału tego grila rozpalali chłopcy. Okazało się, że w międzyczasie Alex pojechał po jeszcze jakichś znajomych do Vecindario, a z grilem czekamy na nich…

Nic to – głodni bo głodni, ale wychowani jesteśmy więc spokojnie czekaliśmy, toczyliśmy bardzo inteligentne rozmowy w połamanym dialekcie językowym (polsko-angielsko-hiszpańskim) i oczywiście “drinkowaliśmy”, czy też raczej powinnam napisać – sączyliśmy (żeby na dłużej starczyło).
Takaż to bowiem różnica obyczajów wynikła: W Polsce jak idziesz na imprezę krzycząc, że będzie to Popijawa, to z alkoholu jest min. pół litra wódki na łebka, stosy piwa, a do tego i tak każdy przychodzi jeszcze z własną zastawą. Tu – szykując się na Popijawę chłopcy na jakieś 10-15 osób wzięli: 1 rum, 1 wino (a może 2) oraz 1 colę :D . Hehe – u nas taka zastawa to się nazywa “grzeczny wieczorek”, najczęściej w babskim gronie, jeśli wziąść pod uwagę rodzaj alkoholu ;) . Od razu uprzedzam – nie czepiam się ilości alkoholu, bo sama jakoś nie gustuję w wielkich jego ilościach, ale po co od razu nazywać imprezę Popijawą skoro ledwo da się na niej umoczyć pysia??

Dobra, wracajmy do tematu głównego. O 1-szej w nocy (!!!!) udało się zebrać całą drużynę i rozpocząć grilowanie. I oto kolejna masakra kanaryjska – czyli Organizacja, a raczej jej brak.

Śmieliśmy się z Mikim straszliwie jak na to patrzyliśmy. Co by nie mówić o Polakach, ale do imprezek są pierwsi i przygotować je umieją świetnie (w sensie zaplanowania i realizacji). A ci? Dwa tygodnie impreze planują, a kiedy przychodzi co do czego to nawet nie wiedzą Gdzie ona wogóle ma być. Do tego taka mała dygresyjka jeszcze – u nas o godzinie 1szej w nocy to już połowa imprezowiczów rzygałaby pod stołami, znaczy się – party byłoby już na ukończeniu. A ci dopiero się zaczęli rozkręcać. Cóż – co kraj to obyczaj :D

Ogólnie było bardzo miło i sympatycznie, tylko zimno strasznie. Byliśmy … Uwagaaaa … w kurtkach! I żałowaliśmy, że nie mamy szalików! A z buzi leciała nam para :)

Wróciliśmy o 5tej rano i na następny dzień obudziliśmy się …skacowani… (ciekawe po czym????). Uratował nas Pyszny Polski Żurek z torebki Mniam Mniam Mniam :D

Opublikowane w: on czerwiec 10, 2007 at 12:24 am Komentarze (4)

Sara i Yeremi

Sara to 14letnia dziewczyna, która zaginęła w lipcu zeszłego roku. Umówiła się w Las Palmas w Centro Comercial La Baleña i słuch po niej zaginął.

W sumie nic w tym niezwykłego – ludzie zawsze ginęli, giną i ginąć będą. Nic niezwykłego na całym chyba świecie, oprócz tej małej wysepki. W takich chwilach wychodzi na jaw, jacy ci ludzie – myślę tu o rodowitych kanaryjczykach – są ograniczeni, lub patrząc na to z innej strony – w jak nierealnym świecie oni żyją.

Generalnie chyba był to jeden z pierwszych przypadków zaginięcia osoby – stało się to wielkim wydarzeniem. Z dnia na dzień przybywało plakatów i informacji. Plakaty były wszędzie – na sklepach, na samochodach, w oknach domów. Plakaty kolorowe i czarno-białe. Większe i mniejsze. Do tego ciągłe infomacje w telewizji, gazetach. Po ulicach jeździły samochody, z których ogłaszano tę informację przez megafony. Przy wjeździe do Las Palmas – wielkie bilboardy. Marsze milczenia, spotkania kontemplacyjne. Nawet na stronie internetowej Cabildo de Gran Canaria (www.grancanaria.com) w wyskakującym okienku pojawiała się Sara.

Sara była wszędzie.

Oczywiście nie pomogło to w jej odnalezieniu.

(…)

I nie posądźcie mnie tu o brak uczuć, bo jak najbardziej współczuję rodzinie takiej straty. Nie napisałam też tego żeby potępiać.

Ja jestem Zszokowana i Pod Wrażeniem Skali na jaką poszukiwało się tej dziewczyny!
Wszędzie indziej, dajmy na to w Polsce – ludzie też giną, ale poza małą wzmianką w tematycznym programie i kilkoma ogłoszeniami na przystankach raczej niewiele więcej się dzieje. Ludzie patrzą, mówią “o jaka szkoda”, i zapominają. To wszystko staje się tłem, to wszystko jest niewidoczne. Obchodzi tylko i wyłącznie osoby spokrewnione.

Tu to wszystko wygląda inaczej. Bez wątpienia wpływa na to wielkość wyspy i taka trochę wioskowatość społeczeństwa. Oni wszyscy się jednoczą, wszyscy są razem, wszyscy – może trochę pozornie – pomagają. Mówię pozornie, bo to taka bierna pomoc – wywieszenie zdjęcia. Owszem można przez to w jakiś sposób połączyć się z rodziną zaginionego, pokazać swój wkład. Ale ile da coś takiego? Czy zdjęcie pomoże w odnalezieniu kogokolwiek? Chyba lepiej byłoby zebrać się w kilka osób i przeszukać Barranki…

(…)

Miesiąc temu obok plakatów Sary (nadal oczywiście wiszą) pojawiły się nowe – 7-letniego Yeremiego z Vecindario.
Cóż, karuzela zaczyna się od początku: plakaty mniejsze i większe, w okularach i bez, bilbordy, tablice informacyjne, megafony, telewizja i internet…
Znowu wielkie poruszenie – bo jak to się mogło stać? Przecież u nas takie rzeczy się nie dzieją!

I znowu Wielki Nic – poza biernością i oczekiwaniem na Cud.

(…)

Rodowici Kanaryjczycy to taki odpowiednik naszych wiejskich ludzi, tacy trochę zacofani i odporni na wiedzę :) . Żyją tu w takim swoim, zamkniętym świecie. Naprawdę czasem wydaje się, że uważają, że ten skrawek skały na której mieszkają to cały świat.
To zamknięta społeczność, której całkiem obce są niebezpieczeństwa świata i ludzka niewdzięczność, zawiść i wredota. Wszyscy tu są przeogromnie mili i nikt nie powie ci czegoś złego. Nawet odmawiać nie umieją, będą zwodzić, kręcić, ale nigdy nie powiedzą wprost “nie”. Wszystko robią tak, żeby tylko nie urazić drugiej osoby. Z jednej strony miłe, z drugiej – chyba dla nich nie za dobre.
Żyją sobie w takim odrętwieniu umysłowym. I co? Dwa zaginięcia a oni wydają się być zaskoczonymi, że wogóle coś takiego może mieć miejsce!

(…)

Ta wyspa jest zupełnie jak nie z tego świata :) Będąc tu czujesz się jakbyś trafił do świata, w którym czas stanął w miejscu. Niby technologia ta sama co wszędzie, ale umysły ludzkie, charaktery, sposób i tempo życia, ogólne wrażenie – jak z przed 20 lat.

Jednym słowem – Powrót do Przeszłości :D

Opublikowane w: on kwiecień 17, 2007 at 12:55 am Komentarze (6)

Karnawał w Santa Lucia

Nawiązując do poprzedniego posta: jest środek postu, a u nas… lokalny Karnawał :)

Całe Vecindario wieczorem wyległo na ulice, większość poubierana rozmaicie – królewny, zorra, indianie, kaktusy, czarownice – jak na balu przebierańców. Gros przebierańców i zarazem tą najciekawszą część stanowią chłopcy i mężczyźni przebrani za kobiety, głownie te lekkich obyczajów :)
A więc co krok mijamy różnego rodzaju roznegliżowane “kobietki”, w kabaretkach, sexownych pantalonach, skąpych majtasach, błyszczących biustonoszach, w złocistych świecących peruczkach, wymalowane do granic możliwości, często na obcasach i z charakterystycznym mięśniem piwnym :) Kobiety/dziewczyny również przebrane – naokoło zatrzęsienie króliczków playboya, panienek w kabaretkach, różowych prostytutek i dziewczynek w miniówkach w ogonkami :)

Wzdłuż całej Avenidy de Canarias, po obu jej stronach, tłumy ludzi. Zewsząd dobiega muzyka. Zaczyna się Parada – gwóźdź programu, a zarazem wstęp do prawdziwej zabawy.

Ulicą zaczynają powoli sunąć wozy, wszystkie jakby wyjęte z westernu, ale każdy oczywiście inny. Większość udekorowanych na Saloony i Exclusive Burdele – w każdym poprzebierani stosownie ludzie – głównie oczywiście za ekskluzywne “Panienki”, kręcące pupami i wywijające przy rurkach :) Panowie naprawdę tu rządzą – nie da się opisać tego jak oni pociesznie wyglądają w tych damskich skąpych ciuszkach :D
Za każdym z wozów, w rytm muzyki dobywającej się z niego, sunie tłum ludzi – przebranych oczywiście. Kaktusy, czarownice, królewny, króliczki… ksiądz z wibratorem w biblii :)

Z tego co się zorientowaliśmy każdy wóz był reprezentowany przez inną grupę ludzi – w jednym aktorzy tutejszego teatru, w innym Męski kanaryjski Chór, indianie z miasteczka indiańskiego czy po prostu kanaryjskie firmy i placówki.

Wozy przejeżdżają, muzyka się zmienia, każda jest inna, w każdym co innego, głośno, zabawowo, kolorowo, tanecznie. Wszystko kieruje się na lokalny plac imprezowy (czyt. parking). Tam wozy po kolei ustawiają się, wokół każdego trwa zabawa, ludzie tańczą, piją, bawią się.
Koło Kościoła na rozstawionej scenie trwają koncerty.

* * *

Wszystko ładnie pięknie jak się to opowiada. Naprawdę musi robić wrażenie.

No to teraz chwila prawdy :)

Wyobrażaliście sobie kiedyś Karnawał w Rio?

Ja tak – opierając się na migawkach z TV, fotkach: tłum ludzi wzdłuż ulic (jak tu), nieprzerwany pochód ludzi, wozy z roztańczonymi przebierańcami, między wozami pokazy, defilady, nieprzerwanie coś się dzieje, ludzie szaleją, jest nastrój, wszyscy to czują…

A tu?

Nadjeżdża wóz… Oooooo zaczyna się !! Ludzie wyglądają zza siebie, tłum się ścieśnia, muzyka staje się głośniejsza.. Wóz przejeżdża – w środku wyginające się ciała, za wozem garstka ludzi.. puuuuuuustoooooo puuuuuuustooooooo puuuuuuustoooooooo Czy to już koniec? ludzie rozglądają się niespokojnie – czy to już wszystko? … Nieeeee! W oddali pojawia się następny wóz…
No i tak to trwa. W sumie trochę takie niedopracowane.

Co więcej?

U nas przy imprezach plenerowych co drugi krok stoi budka z kiełbaskami, piwem, popcornem etc. Tu – dosłownie dwie budki z hot-dogami i alkoholem, jedna z jakimiś pierdółami do kupienia i ze 3 stoiska z lizakami, balonikami i cukrową watą :)

* * *

Ponoć Gran Canaria to taka miniatura świata – coraz bardziej się przekonuję, że oni są sami jedną wielką miniaturą. Mają m.in. miniaturową Wenecję w Puerto de Mogan (hmm..4 mostki na krzyż), w Maspalomas jest uliczka ustylizowana na różne “cuda” świata (np.dach = wieża Eiffla – strasznie to badziewne), a teraz ta miniatura Karnawału…

Jak się dobrze przyjrzeć to wszystko tu jest tak naprawdę na siłę i strasznie sztuczne. Kanryjczycy wielbią się w tandecie i błyskotkach a wyspa stanowi dla nich cały świat. Są za bardzo ograniczeni żeby zobaczyć, że jest coś poza tym. I pewnie dlatego tworzą te wszystkie mistyfikacje i miniatury “zabytków ludzkości” u siebie na tym skrawku lądu..

A co do świętowania to Społeczność kanaryjska może i świętuje non-stop, ale pojęcia o dobrej zabawie to oni nie mają wogóle.

Opublikowane w: on marzec 11, 2007 at 2:28 am Komentarze (2)

Dziady pod Kościołem

Tutejszy Kościół znacznie różni się od naszego. Nie ustaliłam jeszcze nic jeśli chodzi o wyznaniowość, natomiast zupełnie inaczej wygląda miejsce Kościoła w kanaryjskim świecie.

U nas Kościół to wypasiony budynek na zamkniętym terenie, chroniony kratami i przeważnie zamykany na noce. W okolicach – raczej domy mieszkalne, małe sklepiki, nic rozrywkowego.

Tutaj – wręcz odwrotnie. Kościoły są z reguły budynkami prostymi (choć bywają też mocno pokazowe, ale te najbardziej miłe dla oka to te najbardziej proste i skromne), zazwyczaj postawione na terenach otwartych, otwierane głównie na Msze. W okolicach potrafią znajdować się centra rozrywki (np. w Maspalomas – gdzie wychodząc z Kościoła można natknąć się na masę naganiaczy zachęcających do skorzystania z licznych rozrywek: alkoholu, imprezki czy po prostu panienki :-) ). Na codzień po “terenie” Kościoła biegają rozbrykane dzieci z piłką (czasem także w czasie mszy), albo odbywają się imprezy okolicznościowe na ustawionej tymczasowo scenie – koncerty, pokazy, fiesty.

U nas jest to zupełnie nie do pomyślenia, tutaj jak widać księża nie obawiają się, że sąsiedztwo strefy rozrywkowej wpłynie na religijność ludzi i zmąci ich wiarę.

* * *

Z ciekawostek:

Zawsze, ale to zawsze, u nas pod Kościołem, na betonowych ławeczkach siedzą starsi panowie ( i jedna starsza pani). Być może tak właśnie spędzają swój starczy czas ??

Jedno jest pewne – powiedzenie “Dziady pod Kościołem” nabiera tu nowego sensu :)

Opublikowane w: on marzec 10, 2007 at 7:19 pm Komentarze (5)

Las Diferencias – la Primera Parte

Temat: Różnice w polsko-kanaryjskich produktach żywieniowych :)

Generalnie wiadomo – co kraj to obyczaj. I tyczy się to wszystkiego, w tym także jedzenia.
Jak to jest w Polsce to wszyscy wiemy, więc nie będę pisać co się u nas w polskich sklepach znajduje ;) Zatem od razu przechodzę do Kanarów.

Podstawą jest tu oczywiście jedzenie typowo śródziemnomorskie – wszelkiego typu owoce morza, te wszystkie ośmiornice, kraby, homary, langusty, krewetki, małże, muszle i inne robale. Wyglądają naprawdę niesamowicie na sklepowych stoiskach, szczególnie wtedy jak są jeszcze żywe i ruszają szczypcami :) . Do tego te nietypowe ryby, niektóre ogroooomne i sprzedawane w całości. Fajna i ciekawa, ale niezbyt pięknie wyglądająca jest Rape, czy po polsku to będzie Żabnica :) .

Mięsa – w zasadzie nie odbiegają od naszych standardów, z tą różnicą, że to co u nas drogie tu jest tanie, no i inny jest sposób jego dzielenia. I, co początkowo jest trochę szokujące – m.in. kurczaki, króliki, przepiórki sprzedaje się z łebkami!

Owoce – głównie cytrusy. Kanary słyną ze swoich ponoć najsłodszych (potwierdzam !) bananów. Zajebistą rzeczą jest pójść do sklepu i kupić sobie pół takiej wielkiej kiści słodziusich, pyszniusich bananków /mniam/. Poza tym oczywiście w nieograniczonych ilościach: pomarańcze, cytryny, mandarynki, brzoskwinie, melony, arbuzy, ananasy, winogrona, jabłka i gruszki itp.

Co jeszcze? Słodycze. Hmm.. Wejście w półki ze słodyczami naprawdę załamuje – wszystko pakowane w paczki dla rodzin wielodzietnych chyba, nawet lody (np. takie w rożkach) pakowane są w pudełka po min. 6 sztuk. Wafelki, batoniki – wszystko po x-sztuk, wszystko w rozmiarze XXXL. Masakra. Nie dziwne, że wokoło sami “pełno-biodrzasto-brzusiaści” ludzie. Generalnie – co u nas wydaje się być słodkim to tu chyba uchodzi za produkt dietetyczny. Tu wszystko ocieka cukrem i słodyczą. Przykładem może być np dżem z “cabellos de angel” czy jakoś tak – zawierał ni mniej ni więcej tylko.. 65% cukru w swoim składzie !!

Zresztą jeśli chodzi o produkty pakowane, to niestety wszystkie są pakowane w jakieś chorej wielkości paczki. Albo miniaturowe, albo totalnie ogromne :D

Poza tym wszędzie dookoła wiszące Jamony (znaczy się świńskie suszone nogi), tortille (nazwijmy to omletami jajeczno-ziemniaczanymi, bardzo smaczne zresztą), croissanty i sama już nie wiem co jeszcze :)

 

Niby wszystko ładnie pięknie – żarcia jak widać różnorakiego od cholery, do wyboru do koloru. Ale… Ale wszystko po kolei…

Zacznijmy od klimatu. Upały, brak deszczu raczej nie sprzyjają uprawom. Do tego dochodzi mocno górzyste ukształtowanie powierzchni oraz urodzajność, a raczej brak urodzajności gleb – podłoże, bo trudno tu mówić o ziemi, jest suche i skaliste.
Kolejną rzeczą mającą wielki wpływ na rynek Kanarów jest fakt, że jest to wyspa – jest więc mocno uzależniona od rynków zewnętrznych, od tego co sobie zaimportuje.
I stąd – mamy braki niektórych produktów, bądź mniejszą ich różnorodność.

I tak Por Ejemplo:

Ze świeczką szukać tu korzenia pietruszki czy selera. Po prostu tego nie ma.
To samo tyczy się wszelkiego rodzaju kasz i chrzanu.
Ostatnio zdziwiliśmy się bo w sklepie były zwyczajne (a nie ugotowane) buraki i kalarepa.
W mocno minimalnych ilościach, i nie zawsze można znaleźć tu kapustę kiszoną czy drożdże. O kiszonych ogórkach można zapomnieć wogóle, zresztą tak samo jak i o zwykłym, krowim białym serze twarogowym. Skąd tu w końcu krowi ser skoro tu krowy nawet nie ma !! Powaga – ani jednej !!
Nie ma zwykłego normalnego chleba (baltonowskiegooooooooo…). Same bułki – bagietkowe oczywiście, jak się trafi czasem na kajzerkę to jest ona mocno kamienna :) , a chleb to taki dmuchany, rozpadający się, jak u nas z carrefoura zazwyczaj. Jedyne co jest zjadliwe to ciabatki…

Produktów można tak mnożyć, bo gdzież nasze budynie, kisiele i śnieżka? Gdzie nasze wedlowskie ptasie mleczko? Gdzie wisienki? Gdzie nasze pączki w miejsce tych okropnych amerykańskich donutów?

Ot, Polskie przyzwyczajenia :D Mamy te swoje polskie żołądki ;) . Poważnie to jedzenie tu jest naprawdę fajne i dobre, ale czasem brakuje takiego polskiego akcentu: bigosu, barszczyku czerwonego…

No i nie jest tak strasznie źle – jak ktoś wie gdzie szukać to naprawdę wiele jednak się tu znajdzie :)

W Las Palmas na przykład jest zajebisty sklep rosyjski Troika – właśnie dziś w nim byliśmy i chyba stąd mi się zebrało na pisanie o żarełku :)
Sklepik niewielki, a ile radości wnosi – pośród tych 2 półek na krzyż można skakać w tą i z powrotem, bo tu kasze wszelkiego rodzaju (do tej pory przysyłaliśmy sobie je z Polski), tu przyprawy, tu ogórki, tu chrzan, prawdziwa kiełbasa, uszka do barszczu… Radocha na maxa !!

(…)

A na Tłusty Czwartek to pączki samiśmy sobie usmażyli. Ale były za to przepyszne, zresztą nigdy wcześniej nie zjadłam ich tylu (chyba z 15!) hehehe.

PS. Od poniedziałku non-stop słońce i upał :) Temperatura sięga 28 stopni, a jest połowa lutego !! :D Żyć, nie umierać :D

Opublikowane w: on luty 18, 2007 at 12:15 am Komentarze (7)

Kanaryjskie fiesty – Part 1

Generalnie społeczność kanaryjska świętuje non-stop. Albo fiesta, albo sjesta. A jak fiesta to na całego – wszyscy mają wolne.
Jedyne co zawsze otwarte to bary – oczywiście oblężone przez kanaryjczyków, zażerających się zestawami z serii: “Wielka Dupa” – ale o tym kiedy indziej :)

Co więcej – kanaryjczycy nie mają w zwyczaju informować o tym, że będzie wolne i nie otworzą sklepów.
W sumie nie mają nawet zwyczaju podawać godzin otwarcia sklepów i w wielu wypadkach cen artykułów – czego więc od nich oczekiwać?

Zapoznaliśmy się z tym “obyczajem” niedługo po przyjeździe tutaj, kiedy to w Wielki Piątek poszliśmy kupić sobie coś do jedzenia na obiad i natknęliśmy się na pozamykane sklepy. Cóż okazało się, że inaczej niż u nas – tutaj świętuje się Wielki Czwartek i Piątek i są to dni wolne od pracy.
Za to w Lany Poniedziałek (nasz, bo tu nie ma tej tradycji :( ) założyli nam telefon :-)

Późniejsze fiesty udawało nam si zawsze wyczajać na czas.

…No ale nie bylibyśmy na Kanarach,
jakby nie miało nas już nic zaskoczyć…

Jakoś zapamiętało nam się, że na początku grudnia wielkie państwowe święto wypada 8go (Niepokalane Poczęcie NMP – oni tu uwielbiają Maryjne święta)…

Dziś 6ty, imieninki mojego kochanego Mikołajka :-) i nasze polskie Mikołajki. Postanowiliśmy uczcić te okazje i coś zjeść fajnego. Niczego nie podejrzewając poszliśmy do sklepu.

Hiperdino – zamknięte – oczywiście żadnej kartki. To jeszcze nas nie zaskoczyło…

Spokojnie skierowaliśmy się do Carrefoura. Jeszcze w wejściu Mike się zaczął śmiać, że pewnie tylko bary są czynne… Cóż – nie pomylił się :-) Trochę nas wcięło jak zobaczyliśmy zamkniętą halę…

Pomyśleliśmy – kurcze, znowu se kanaryjczycy święto wymyślili. I poszliśmy do jedynego czynnego sklepu: Market 24h. Nazwą nie należy się sugerować – on nie jest czynny całą dobę a tylko do 24tej hehehe.
Nie muszę chyba dodawać, że nasze zakupy nie wyglądały tak jak planowaliśmy…

W sumie byliśmy bardziej rozbawieni tym wszystkim niż źli. Zawsze to jakaś odmiana wśród uporządkowanych dni :) Nabijaliśmy się, że kanaryjczycy jak zawsze nas zaskoczyli jakimś swoim wymysłem…

(…)

Pisząc tego posta zajrzałam do przewodnika (Marco Polo mojego), żeby sprawdzić co to tego 8go grudnia jest.
A tam jak wół: 6 grudnia – Día de la Constutición – Święto Państwowe :D hehehe (No comment)

Straszne z nas Gapcie hihihi :)

A dziś na świąteczną obiado-kolację zjemy:

  • krokieciki ze szpinakiem,
  • makaron z kurczakiem w sosie pomidorowym
    oraz
  • małe mrożone marcheweczki :)

Też pięknie :)

PS. Właśnie pada deszczyk :)

PS2. A poza tym jest 6ty grudnia, godzina 18:30, a na zewnątrz nadal 25 stopni :D

Opublikowane w: on grudzień 6, 2006 at 6:42 pm Komentarze (2)