Nareszcie ciepło

Nie chciałabym bardzo narzekać, ale ta zima była potworna. Było ZIMNO! Nie wiem, jak można tak powiedzieć o pogodzie na Kanarach, ale BYŁO ZIMNO!

Podobno była to jedna z najzimniejszych zim w ostatnich latach. Wiem, wiem, będziecie się śmiać, jak napiszę, że temperatura w grudniu-styczniu była na poziomie 13-15 stopni. Wszyscy się z tego śmieją :) Ale.. ale pomyślcie sobie, że macie taką temperaturę wszędzie, tak na dworzu jak i we własnym mieszkanku! Taaaa, ano właśnie, i już śmiejecie się nieco mniej. Dodajmy do tego fakt, że w tutejszych domach po prostu nie ma kaloryferów i ogrzewania. I tak siedzisz w takim chłodku, aż w desperacji idziesz do sklepu i kupujesz sobie grzejniczek :) My wytrzymaliśmy jakiś miesiąc. Potem kupiliśmy piecyk :) Przeprosiliśmy się też z naszymi starymi sweterkami i kurtkami, które leżały przez prawie 3 lata w jakimś kartonie na dnie wszystkiego.

Na szczęście już zaczyna być ciepło (w KWIETNIU!). Aż trudno sobie wyobrazić, że w zeszłym roku o tej porze kąpaliśmy się w basenie i smażyliśmy na plaży. Ale nic, poczekamy – niedługo pewnie będzie kalima. Tym razem wyczekujemy jej z niecierpliwością :)

Co do zimy – w lutym trzy razy spadł śnieg :) Kanarusy się cieszyły, zrobili specjalne wyprawy w głąb wyspy, żeby zobaczyć 2 cm śniegu hehe

Opublikowane w:  on kwiecień 19, 2009 at 10:49 am Komentarze (2)
Tags: ,

Kolejna wyspa

Minęło trochę czasu od mojego ostatniego posta, ale niewiele się zmieniło. Powoli przyzwyczailiśmy się chyba do tego jak wygląda życie na Kanarach, no a w szczególności oczywiście na naszej Gran Canarii :) Ale, jak to my – nie umiemy za długo usiedzieć w jednym miejscu. A skoro nasza wyspa nam jest znana, to wyruszyliśmy obejrzeć sąsiednią. Tym razem byliśmy na Lanzarote. Co prawda było to w styczniu, ale dopiero teraz zebrałam się by opisać naszą tygodniową wycieczkę. Oczywiście już podaje linka dla chętnych poczytać o tej wysepce:

Blog o Lanzarote

W telegraficznym skrócie:

Lanzarote jest kolejną wyspą, jaką odwiedziliśmy i jest totalnie różna od pozostałych. Zresztą jak się okazuje, pomimo że wchodzą one (wyspy kanaryjskie) w skład jednego archipelagu i leżą w tej samej strefie klimatycznej, to każda jest inna. Wracając – nie da się jednym zdaniem określić tej wyspy. Jest spójna, zielona, w sumie ładna na swój sposób. Zasadniczo bardzo nam się spodobała. Zresztą, co ja się będę tu uzewnętrzniać – poczytajcie sami na blogu o Lanzarote :)

Opublikowane w:  on kwiecień 18, 2009 at 1:46 pm Dodaj komentarz
Tags: ,

W końcu wakacje

A tak naprawdę to już po wakacjach :) Ale nie mogę pominąć tego wydarzenia, bo to były pierwsze wakacje od ponad dwóch lat, długo wyczekiwane i długo planowane.

Postanowiliśmy pojechać na kontynent, obejrzeć Hiszpanie i Portugalie. Jednak, co w naszym przypadku nie powinno dziwić ;) , nie obyło się bez małego misz-masz. Bo kiedy już wszystko było zapięte na ostatni guzik: przygotowany plan podróży, zakupione przewodniki, mapy itp, to nam się odwidziało i niemalże w przeddzień wyjazdu zmieniliśmy zdanie.
I ostatecznie pojechaliśmy oglądać nasze cztery zachodnie wyspy-sąsiadki: Teneryfę, La Gomerę, La Palmę i El Hierro.

Jako, że były to pierwsze wakacje po tak długim czasie to trwały one miesiąc, więc na każdą z wysp przypadł mniej więcej tydzień zwiedzania. A było co oglądać :)

W każdym razie wróciliśmy po miesiącu jeżdżenia, oglądania, poznawania, przemieszczania się z miejsca na miejsce Totalnie Zadowoleni z wyprawy, tyle że nadal spragnieni wypoczynku :D Czyli jak zawsze po wakacjach – potrzebujemy teraz Urlopu po Urlopie! :D

A jeśli ktoś ma ochotę poczytać sobie co nieco o naszych wycieczkach to zapraszam na moje nowe blogi, na razie o Hierro i Gomerze, a z czasem pewnie i na kolejne. Poniżej zamieszczam do nich linki. Na stałe będą one po prawej stronie w Menu.

Blog o el Hierro

Blog o La Gomerze

Opublikowane w:  on wrzesień 11, 2008 at 12:34 pm Komentarze (1)
Tags:

Uwaga! Ląd na Horyzoncie!

Właśnie dziś mija dokładnie 2 lata odkąd postawiliśmy nasze stópki na tej wyspie.

Po dwóch dniach bujania na oceanie i prawie dwóch tygodniach podróży (przymusowy tydzień w Cadiz) w końcu dotarliśmy do suchego lądu. Do celu naszej wędrówki. Do miejsca przeznaczenia.

Strasznie miło wspominam te kilka dni. Szaleńczy plan, nieskończoną podróż, dłuższą, ba – daleko dłuższą od każdej poprzedniej. Kolejne kilometry, zmieniające się krajobrazy, kraje. Im dalej na południe tym cieplej. Kurtek zimowych i swetrów pozbywamy się już tuż za Niemcami, a to dopiero koniec marca. Południe Hiszpanii tonie w słonecznym żarze, mijamy spieczone połacie ziemi, dzikiej, pustej, niezamieszkałej. Ochładza nas jedynie widok wyłaniającego się w oddali, jednego jedynego ośnieżonego wzniesienia, gdzieś w górach Sierra Nevada, na który w największym upale patrzymy z utęsknieniem.
Potem prom – prawie 48 godzin na pływającym Titanic’u. Wokół tylko woda, z przodu woda, w boków woda, pod nami woda, za nami – też woda. Nad nami bezchmurne niebo. I słońce. Po statku biegamy jak szaleni, cieszymy się jak małe dzieci.

Drugiego dnia po przebudzeniu w końcu LĄD. Dotarliśmy na wyspę. Las Palmas wita nas słonecznym porankiem. Jedziemy na południe. Na oko. Wszystko jest takie nowe, nieznane. Rozglądamy się wkoło. Po prawej piętrzą się góry. Masywne. Dzikie. Niedostępne. Po lewej woda. Piękna, błękitna. Nad nami bezchmurne niebo. Jedziemy przed siebie, nie do końca wiedząc gdzie, i już wiemy, że to jest TO.

Jest Pięknie.

 

(…)

 

Po dwóch latach życia na wyspie to wrażenie wcale nie przygasło. Codzień odkrywamy coś nowego, innego. Patrzymy na te same ulice, te same palmy. Te same góry, ten sam ocean, to samo niebo. Niby takie same, a jednak codzień inne. Za każdym razem widzimy w nich nowe piękno.

Jest po prostu Pięknie!

Opublikowane w:  on kwiecień 3, 2008 at 3:25 pm Komentarze (1)
Tags: ,

Un té, por favor

I znowu mi się przypomniało :) Pierwsze zetknięcie w ogóle z Hiszpanią..
I herbata ;)

 

Jadąc na wyspę musieliśmy zatrzymać się na prawie tydzień w okolicach Cadiz, by poczekać na prom. Wypływa on raz na tydzień, no a my mieliśmy pecha i uciekł nam niemalże spod nosa :)

 

Zatrzymaliśmy się więc w hoteliku i, skoro i tak nie mieliśmy konkretnego zajęcia to uczyliśmy się języka, łaziliśmy po ulicach, oglądaliśmy i ogólnie szukaliśmy sobie coś do roboty.
Trochę odbiegając od tematu – to był ten tydzień, przez który nauczyliśmy się więcej hiszpańskiego niż przez ten cały prawie już dwuletni pobyt na kanarach ;)

 

Ale – musieliśmy też jeść. Więc chodziliśmy sobie po knajpkach. Oczywiście obowiązywał język hiszpański, toteż wyposażeni w rozmówki staraliśmy się odkryć Co też zamawiamy i sprawdzać czy to co otrzymaliśmy to naprawdę to co chcieliśmy ;)

Generalnie niespecjalnie trudne to było i nic nas specjalnie nie zaskoczyło. Niespodziewany problem natomiast pojawił się przy zamówieniu.. herbaty.

Herbata po hiszpańsku to “té”, ale te ma też inne znaczenia, oczywiście będąc inaczej akcentowane. Próbowaliśmy na wszelkie sposoby wymówić te dwie straszne literki, ale raczej nie da się akcentować ich inaczej, ani inaczej powiedzieć. A kelnerzy zawsze baranieli i robili małpie oczy kiedy wymawialiśmy ten okropny wyraz. W końcu zawsze udawało się otrzymać ten nieznany napój, jednak wymagało to ogromnego wysiłku :)

 

Kiedy dojechaliśmy na wyspę nasz kolega objaśnił nam, że hiszpanie to naród kawoszy, oni piją kawę od rana do nocy i w zasadzie tylko kawę. Jak ktoś zamawia herbatę to tak jakby w Polsce zamówić w knajpie rumianek :)
Poradził nam też, żeby zamawiać nie “un té” ale “taza de té” – filiżankę herbatki. I radę tę przekazuję Wam wszystkim, bo pomimo tego że przykładowy hiszpan trochę baranieje przy takim zamówieniu, to chociaż wie o co chodzi :D

Opublikowane w:  on marzec 12, 2008 at 2:46 pm Dodaj komentarz

Po długiej przerwie…

Więc.. po długiej przerwie POWRACAM, by znowu dręczyć Was tym wszystkim co mi się tu przydarza :)
Dziś to tylko krótka zapowiedź, ale w następnych dniach pojawią się nowe newsy, a trochę się tego nazbierało, więc czytać będzie co :D

Zapraszam serdecznie!

Opublikowane w:  on luty 10, 2008 at 1:24 pm Dodaj komentarz

Już Dwa Latka !

No to 2 latka nam stuknęły !! :)

 

W ramach świętowania zafundowaliśmy sobie Dzień Lenia oraz wypasiasty Obiad w wyszukanej knajpce.

 

Mniam

 

Smażone kreweteczki z czosneczkiem na przystawkę.
Na główne danie Chateaubriand z dodatkami w postaci warzyw i fryteczek. Naprawdę doobree czerwone winko dopełniło poprawiło tylko smaczek.
A na deserek Volcano de Chocolate, słodkie ale Mniamuśne. No i standardowo po tym wszystkim Kawusia :)
Trzeba przyznać – po 2 godzinach w Restauracji bardzo ciężko było się ruszyć ;)

 

Wieczorem, dla dopełnienia tradycji napiliśmy się po kielonku (znaczy filiżance ;) ) naszej Weselnej Wódeczki … bleah … Zostało nam jej jeszcze chyba na następne 10 lat hihihi

 

Dopełnieniem tego wspaniałego święta była dzisiejsza Niespodzianka – Piękny Kwiatowy Bukiet od naszych Mamuś kochanych :D
Dzięki Mamuśki, kwiaty są Śliczne i pomysł Przedni !

 

Co śmiesznego? Kwiaty przyszły oczywiście Pocztą Kwiatową, z dołączonym bilecikiem, oczywiście po polsku. Mamy nie dały hiszpańskim Kwiaciarzom prostego zadania – wierszyk był dłuuugi i zawiły, a oni go Ręcznie przepisali :)

 

Czekamy na oryginał w komentarzyku :)

 

(…)

 

Co do tradycji weselnych – najbardziej spodobała nam się ta, w której w pierwszą rocznicę ślubu na szczęście pali się bukiet ślubny i wypija wódkę weselną z własnego wesela oczywiście.

Bukiet został spalony rok temu na kamienistej plaży, nocą pod namiotem, natomiast kwestie z wódką trochę urozmaiciliśmy i postanowiliśmy co roku pić po kielonku.

… a jak się skończy to zrobimy sobie Odnowienie Ślubu i Drugie Wesele i będziemy mieć następną Weselną do rozpijania :D

 

(…)

 

A teraz Specjalnie dla Mojego Wspaniałego Męża:

 

Kocham Cię Bardzo Misiaku !!!
I jest mi z Tobą Cudoowniee !!!
Gorące Buziaczki :*

Opublikowane w:  on sierpień 21, 2007 at 5:54 pm Komentarze (3)

Przeprowadzamy się, czyli Ja i Moje 3 łazienki

TAAAAAAK! Tyle o tym mówiliśmy i w końcu udało się! Przeprowadziliśmy się!

Chodziliśmy koło tego mieszkania chyba z pół roku, oczywiście nie zaglądając nawet do niego. Patrzyliśmy tylko na ogłoszenie w oknie “Se Alquila”. No i zaglądaliśmy przez bramę na patio budynku z basenem.

To był IMPULS.
Zadzwonił nasz znajomy Krzych, że sobie wynajmuje duplex. Skojarzyliśmy, że to może być tam. A wiadomość, że jest to dwupoziomowe mieszkanko zrobiła wrażenie. Czegoś takiego właśnie szukaliśmy! Dodatkowo przyszedł niespodziewany zastrzyk finansowy. Na cóż było więc czekać? Zadzwoniliśmy, umówiliśmy się, obejrzeliśmy i..

Dwa dni później odebraliśmy klucze JUPI !!!

 

Hmm, pozostała oczywiście sprawa mieszkania, które do tej pory wynajmowaliśmy. Ale tak go mieliśmy dość, że nawet chwilę się nie wahaliśmy żeby je opuścić. W piątek powiedzieliśmy Juanowi, że od poniedziałku nas nie ma. Szczęśliwy nie był oczywiście, no ale wszystkich uszczęśliwić na raz się nie da hehe.

Przeprowadzka była ciężka. Nie wiem jak to się stało, ale przez ten rok z kawałkiem naskładało nam się tyle bambetli, że woziliśmy je na kilka razy. Zresztą wcale się nie spieszyliśmy – spokojnie uprzątaliśmy nowe mieszkanko i wprowadzaliśmy nasz skromny “majątek”.
Problemem oczywiście było przeniesienie telefonu. Znaczy problem to niedobre słowo. Chodzi o to, że nasze zarobki są oparte na internecie, tak że każdy dzień bez neta to strata pieniążka. No a teraz, skoro zmieniliśmy Standard Życia – każdy grosz był ważny. Przeprowadzka telefonu miała trwać do tygodnia. No ale Polaki som mondre i sprytne – w ten ostateczny poniedziałek powiedzieliśmy Juanowi, że będziemy do środy sprzątać. A on patrząc na te 3 rzeczy, które zostały w mieszkaniu i absolutnie sprzątania nie wymagały, tylko kiwnął głową i powiedział “Muy bien” :) . Tymże sposobem netu nie mieliśmy jeden wieczór, bo już w czwartek rankiem przyszedł pan i podłączył linie w naszym Nowym Domku :D .

(…)

No to teraz może o Naszym Mieszkanku.

Nasze Małe Mieszkanko ma 91 m2, jest dwupoziomowe.
Na górze ma sypialnie z przyległą do niej łazienką, drugą sypialnię, trzeci pokój, z którego zrobiliśmy biuro oraz łazienkę nr 2.
Dolne piętro to salon, kuchnia, wucecik i solana (takie miejsce z pralką).
Do tego mamy do dyspozycji garażyk, piwniczkę oraz wszelkie dobra należące do wspólnoty budynku czyli: basen, pomieszczenie do squasha i pewnie w przyszłości siłownię (na razie tylko napis jest :) ).

Wszędzie są OKNA, jest JASNA podłoga i JASNE meble. Woda starcza na 3 wanny albo i więcej (mamy tylko dwie więc spokojnie się wyrabiamy hehe). Pralka nie cieknie, jest piekarnik, kibel nie śmierdzi, nie ma mrówek i innych robaków. Nie dzwonią narkomani, nie śmierdzi papierochami. Może mamy trochę dalej do cywilizacji (czyt. sklepów) ale…

Jest po prostu C U D O W N I E !!!

Przeprowadzka obudziła w nas chęć meblowania i sprawiania nowych rzeczy do mieszkanka. Tak więc w końcu mamy mopa i szczotkę do zamiatania oraz odciekarkę do sztućców (w poprzednim miejscu uznaliśmy, że są to zbędne wydatki hehe). Urządziliśmy też sobie prawdziwe biuro, czyli kupiliśmy 2 biureczka i na razie 1 fotel (ale drugi będzie niedługo). W końcu po ponad roku klikania w naszym “biurze”, czyli w szafie wnękowej mamy coś przy czym można swobodnie siedzieć i nie narażać się na skrzywienia kręgosłupa i innych kości :D

No a dziś przyjeżdża do nas Pierwszy Gość, czyli Marta. Od rana więc odbywało się sprzątanie. No cóż, zajmuje więcej niż w przeciętnej wielkości domu… No i te TRZY łazienki! 3 kible, 3 umywalki, 2 bidety, 2 wanny i 2 lustra! :D
Tylko czy ktoś na to narzeka? Ja tam na razie NIE.

Jest S U P E R !
Mieszkamy tu 2 tygodnie i w końcu czuję się jak u siebie w Domu :D

(…)

Aaa, jeszcze z serii Historie Przeprowadzkowe, bo oczywiście nie mogło się obyć bez przygód :D Już w pierwszej godzinie przygotowywania mieszkanka do użytkowania, czyli odkurzania mebli doszło do bardzo bliskiego spotkania Mojej Głowy z Ramą Okienną :D Na szczęście obyło się bez szwów, choć krwawo nawet było hihihi Guz w każdym razie zakwitł śliczniusieńki :D

A teraz idę kończyć powitalne ciasto (1,5 roku bez piekarnika – teraz wszystko pieczone, zapiekankami już wymiotujemy :) ). Będzie również powitalne Danie czyli Kaczka Pieczona w brytfannie :D
A od jutra rana – na basenik !!

Opublikowane w:  on lipiec 13, 2007 at 7:08 pm Komentarze (2)

Niedzielne grilowanie

Tydzień temu postanowiliśmy urządzić sobie niedzielnego grila na świeżym powietrzu. Jako miejsce docelowe wybraliśmy Barranco de Guayadeque – miejsce naszej kanaryjskiej imprezki. No i już w sobote zaopatrzyliśmy się w niezbędne przedmioty czyli mięsko.

W niedzielę z ranka przygotowaliśmy sobie szaszłyczki, bowiem to miało być naszym głównym daniem. Oczywiście szaszłyczki nie były kupne tylko sami je sobie ponadziewaliśmy na patyki :) . Wyglądały apetycznie z tym mięskiem, cebulką, pieczarkami i papryką…

Nie czekając dłużej wsiedliśmy w Sabinkę i pojechaliśmy.

Niestety nic nie może być idealne, tak więc po drodze przez Barranco, minęliśmy dziesiątki grilujących rodzin. Nie inaczej było na naszym miejscu. Tłum wygłodniałych kanaryjczyków, którzy w niedzielę przypomnieli sobie, że można czasem wyjść z domu dalej niż do knajpy na pizze i mecz :) .

Nie zrażeni pomknęliśmy z powrotem wypatrując jakiegoś innego wolnego, zdatnego do grilowania miejsca. Jednak żadne nam nie odpowiadało do końca, bo te z daleka wyglądające na odpowiednie nosiły ślady bytności ludzkiej (sądząc po różnych odpadkach i odchodach w krzaczkach).

Toteż w końcu postanowiliśmy wrócić z wałówką do domu i na spokojnie zrobić grila na tarasie :) .

Ostatecznie zamiast grila nasze szaszłyki usmażyliśmy na patelni, bo stwierdziliśmy, że za bardzo wieje, no i nie chciało nam się składać naszej Sypialni (czyli naszego Namiotu Na Tarasie) :) .

(…)

Nasza wycieczka, choć krótka nie okazała się oczywiście totalną porażką. W końcu w świetle dziennym mogliśmy obejrzeć całe Barranco de Guayadeque.
Faktycznie jest to chyba najbardziej zielone miejsce na Kanarach. Głównie ze względu na ukształtowanie. Ograniczone z obu stron górami, tak że nie ma tu tak wyraźnego wpływu gorącego słońca. Widoki jak zwykle piękne.

No i dodatkowo te mieszkania w skałach. Co jakiś czas można zobaczyć zagospodarowane skalne chatki, albo w połowie wykute w skale i w połowie z dobudowanym fragmentem domu, albo całkowicie jaskiniowe.

Przez całą drogę napotkaliśmy chyba ze 3 restauracje. Przy jednej z nich znaleźliśmy zachwycający Kościółek. Ja w pierwszej chwili nawet go nie zauważyłam, tak jest niepozorny. Cały wykuty w skale, w środku bardzo mały i bardzo skromny. Poza trzema figurkami na ołtarzu żadnej innej bogatszej ozdoby. Do tego wykuty w skale konfesjonał i ambona. Robi niesamowite wrażenie, także przez to że nie jest wogóle oświetlony.

Idąc w górę od Kościoła dochodzimy do kolejnego domu w skale. Naprawdę niesamowicie to wygląda. Tu taki kuty kurnik, gołębnik, drzwi w skalnej ścianie, no i żeby jednak potwierdzić to, że ktoś tam mieszka – suszące się pranie :) .

W Barranco znajduje się również Muzeum, ale jak to zwykle bywa, poskąpiliśmy grosza i nie poszliśmy.
Poczekamy aż przyjadą jacyś goście do nas, to wtedy razem wybierzemy się ukulturalniać :D .

Opublikowane w:  on czerwiec 17, 2007 at 8:43 pm Dodaj komentarz

Wielkanoc w “Małej Wenecji”

No i nadeszły kolejne święta. Nasza druga Wielkanoc tutaj.
Dawno nie mieliśmy wakacji, a pracą zmęczeni byliśmy już koszmarnie. Mając w perspektywie kolejne dwa dni przed komputerem wypuściliśmy się na Wielkanocny Urlop !

I to było COŚ !!!

W Wielką Niedzielę wstaliśmy wczesnym rankiem (tzn. o 10tej :) ), podzieliliśmy się “święconym” jajeczkiem, pochłonęliśmy świąteczne śniadanko złożone z jajek i bułeczki z masłem, zapięliśmy plecaczek i ruszyliśmy w drogę. Niczym rodowici Kanaryjczycy postanowiliśmy na Urlop wyjechać 60 km od domu hehehe.
Czyli… do Puerto de Mogan !

Oczywiście jeszcze z domku zarezerwowaliśmy sobie Apartamencik, żeby nie jechać całkiem w ciemno. Poszukiwania czegoś do wynajęcia nie były najprostsze, gdyż jak przystało na turystyczną wyspę – nigdzie nie da się znaleźć informacji o wolnych pokojach! A już najmniej w internecie. Nie wiem czemu, ale kanaryjczycy wychodzą z założenia, że najlepiej reklamować się w lokalnych gazetkach, do których nikt z poza wyspy nie ma dostępu… Nic to – taka ich filozofia. Nie dziwne że turystyka zaczyna podupadać.

No ale udało nam się wynająć Bungalowek. Na miejscu nawet okazało się, że faktycznie jest dla nas przygotowany :) (tu wszystko jest możliwe więc nawet nastawiliśmy się na to, że będziemy szukać innego noclegu :) ). Apartamencik naprawdę fajny – sypialnia, duża łazienka, kuchnia z wyposażeniem, salonik i taras ze stolikiem i leżaczkami. Naprawdę milusio. No i oczywiście BASEN na dole!

Nie zdążyliśmy dobrze się “wprowadzić”, a już pluskaliśmy się w niebieściutkiej, chłodniusiej wodzie. Bo i pogoda sprzyjała. Taki był upał, że wysiedzieć się za bardzo nie dało na leżaczku :) . Woda była ulgą i przyjemnością :)

Po basenowym relaxie wybraliśmy się coś Przekąsić, czyli do Miasteczka. Nic dodać nic ująć – jest ono naprawdę CUDOWNE! Ma swój niepowtarzalny klimat, szczególnie odczuwalny przy porcie. Pełno tam jachcików i stateczków, wzdłuż wody ciągnie się szeroki chodnik. Po jego drugiej stronie mnóstwo knajpek i knajpeczek, wszystkie stylowe i zachęcające. Każda przyciąga. Co jakiś czas chodniczek poprzecinany jest ukwieconymi mostkami, pod którymi znajdują się wodne kanaliki. Wszystkie domki w tej części są białe i ukwiecone. Spacer po tych wąskich “uliczkach”, między niskimi budyneczkami, tak kolorowymi od kwiatów jest naprawdę zachwycający. Kanaryjczycy zwykli to miejsce nazywać swoją “Małą Wenecją”. I jako że udało mi się być w Wenecji – mogę potwierdzić, że klimat faktycznie przypomina to wodne miasto. No może brakuje wodnych taxówek :) . Co jeszcze? Nie ma tu sztuczności, jak w Maspalomas. Żadnych naganiaczy, a jedyne Shopping Center dopiero się buduje i miejmy nadzieję, klimatu nie zepsuje :) . Ludzi było mnóstwo, w zasadzie chyba 90% turystów, głównie Niemców i Brytyjczyków. Ale mimo to było spokojnie i nie męcząco. Po prostu zwyczajny wakacyjny klimat.

Więc… Poszliśmy coś zjeśc, pyszny obiadek w fajnej knajpce, butelka winka, słońce praży, krótki spacerek i.. tak nas zmuliło że wróciliśmy się przekimać :) . Godzinka snu i z powrotem – knajpka, spacerek, Mogan by night. Suuuuuper! Co prawda ok północy życie trochę zamiera, ale i tak jest milusio.

W Lany Poniedziałek (który tu jest zwykłym dniem pracy), po sesji w Basenie postanowiliśmy ruszyć w Górki. Akurat z tarasu mieliśmy widok na górę, z daleka widać było że ciągnie się tam droga – taka przejazdowa. I tą postanowiliśmy się wdrapać. Zaopatrzyliśmy się w butelkę wody, bo upał był totalny i Dawaj pod Górę.. Niestety nasza podróż skończyła się szybciej niż planowaliśmy, bowiem tuż za zakrętem natknęliśmy się na szlaban z napisem “Prohibido el paso, propiedad privada”.

Więc zamiast na górę – poszliśmy nad morze, pobawić się w turystów, połazić po kramikach i powydawać pieniąchy. No i kupiliśmy sobie: Mike – kapelusz a’la Al Capone, a ja okularki i kapelusz “stary grzyb” :) . Potem knajpka, obiad, wino, seeeeen i wieczorny spacerek – znaleźliśmy wtedy drogę na el Mirador (czyli punkt widokowy, który wypatrzyliśmy z dołu). Drogę = pionowo w górę ciągnące się w nieskończoność zakręcane schodki, bardzo wąskie, pomiędzy domami (oczywiście jak najbardziej zamieszkałymi).

Poszliśmy tam na następny dzień, czyli ostatniego dnia naszego urlopu. Widok zapierający, co zresztą widzieli wszyscy co oglądali nasze Panoramy z aparatu :) W sumie nie będę tego komentować, bo tego wrażenia nie da się opisać.

Na koniec przeszliśmy się na wychodzący w morze “cypelek” z usypanych kamieni, czyli taki kamienny pomost. Tam na słoneczku wygrzewały się Kraby. Mike oczywiście nie mógł przepuścić takiej okazji i jak kozica począł skakać po skałkach, żeby dotrzeć jak najbliżej i pstryknąć trochę fotek dla potomności. Tak się zapamiętał w tym zadaniu, że podczas szturchania kraba między skałki wpadły mu okularki :( . Nie pomogło grzebanie patyczkami, krab się zemścił. Nic – kupimy drugie :)

No i w zasadzie to były już ostatnie chwile naszego wyjazdu. Zapakowaliśmy się w machinę jeżdżącą i powróciliśmy na stare śmiecie.

Ale – pomysł z wyjazdem był naprawdę trafiony, miejsce do wypoczynku świetne, a czas spędzony tam – niezapomniany.
Święta Superowskie!

Generalnie Puerto de Mogan jest super miasteczkiem. Przyciąga swoim klimatem i urokiem, wakacje tam na pewno będą zajebiste, nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że byłoby to trafione miejsce na podróż poślubną :)

Opublikowane w:  on kwiecień 11, 2007 at 11:49 pm Komentarze (1)