No i nadeszły kolejne święta. Nasza druga Wielkanoc tutaj.
Dawno nie mieliśmy wakacji, a pracą zmęczeni byliśmy już koszmarnie. Mając w perspektywie kolejne dwa dni przed komputerem wypuściliśmy się na Wielkanocny Urlop !
I to było COŚ !!!
W Wielką Niedzielę wstaliśmy wczesnym rankiem (tzn. o 10tej
), podzieliliśmy się “święconym” jajeczkiem, pochłonęliśmy świąteczne śniadanko złożone z jajek i bułeczki z masłem, zapięliśmy plecaczek i ruszyliśmy w drogę. Niczym rodowici Kanaryjczycy postanowiliśmy na Urlop wyjechać 60 km od domu hehehe.
Czyli… do Puerto de Mogan !
Oczywiście jeszcze z domku zarezerwowaliśmy sobie Apartamencik, żeby nie jechać całkiem w ciemno. Poszukiwania czegoś do wynajęcia nie były najprostsze, gdyż jak przystało na turystyczną wyspę – nigdzie nie da się znaleźć informacji o wolnych pokojach! A już najmniej w internecie. Nie wiem czemu, ale kanaryjczycy wychodzą z założenia, że najlepiej reklamować się w lokalnych gazetkach, do których nikt z poza wyspy nie ma dostępu… Nic to – taka ich filozofia. Nie dziwne że turystyka zaczyna podupadać.
No ale udało nam się wynająć Bungalowek. Na miejscu nawet okazało się, że faktycznie jest dla nas przygotowany
(tu wszystko jest możliwe więc nawet nastawiliśmy się na to, że będziemy szukać innego noclegu
). Apartamencik naprawdę fajny – sypialnia, duża łazienka, kuchnia z wyposażeniem, salonik i taras ze stolikiem i leżaczkami. Naprawdę milusio. No i oczywiście BASEN na dole!
Nie zdążyliśmy dobrze się “wprowadzić”, a już pluskaliśmy się w niebieściutkiej, chłodniusiej wodzie. Bo i pogoda sprzyjała. Taki był upał, że wysiedzieć się za bardzo nie dało na leżaczku
. Woda była ulgą i przyjemnością
Po basenowym relaxie wybraliśmy się coś Przekąsić, czyli do Miasteczka. Nic dodać nic ująć – jest ono naprawdę CUDOWNE! Ma swój niepowtarzalny klimat, szczególnie odczuwalny przy porcie. Pełno tam jachcików i stateczków, wzdłuż wody ciągnie się szeroki chodnik. Po jego drugiej stronie mnóstwo knajpek i knajpeczek, wszystkie stylowe i zachęcające. Każda przyciąga. Co jakiś czas chodniczek poprzecinany jest ukwieconymi mostkami, pod którymi znajdują się wodne kanaliki. Wszystkie domki w tej części są białe i ukwiecone. Spacer po tych wąskich “uliczkach”, między niskimi budyneczkami, tak kolorowymi od kwiatów jest naprawdę zachwycający. Kanaryjczycy zwykli to miejsce nazywać swoją “Małą Wenecją”. I jako że udało mi się być w Wenecji – mogę potwierdzić, że klimat faktycznie przypomina to wodne miasto. No może brakuje wodnych taxówek
. Co jeszcze? Nie ma tu sztuczności, jak w Maspalomas. Żadnych naganiaczy, a jedyne Shopping Center dopiero się buduje i miejmy nadzieję, klimatu nie zepsuje
. Ludzi było mnóstwo, w zasadzie chyba 90% turystów, głównie Niemców i Brytyjczyków. Ale mimo to było spokojnie i nie męcząco. Po prostu zwyczajny wakacyjny klimat.
Więc… Poszliśmy coś zjeśc, pyszny obiadek w fajnej knajpce, butelka winka, słońce praży, krótki spacerek i.. tak nas zmuliło że wróciliśmy się przekimać
. Godzinka snu i z powrotem – knajpka, spacerek, Mogan by night. Suuuuuper! Co prawda ok północy życie trochę zamiera, ale i tak jest milusio.
W Lany Poniedziałek (który tu jest zwykłym dniem pracy), po sesji w Basenie postanowiliśmy ruszyć w Górki. Akurat z tarasu mieliśmy widok na górę, z daleka widać było że ciągnie się tam droga – taka przejazdowa. I tą postanowiliśmy się wdrapać. Zaopatrzyliśmy się w butelkę wody, bo upał był totalny i Dawaj pod Górę.. Niestety nasza podróż skończyła się szybciej niż planowaliśmy, bowiem tuż za zakrętem natknęliśmy się na szlaban z napisem “Prohibido el paso, propiedad privada”.
Więc zamiast na górę – poszliśmy nad morze, pobawić się w turystów, połazić po kramikach i powydawać pieniąchy. No i kupiliśmy sobie: Mike – kapelusz a’la Al Capone, a ja okularki i kapelusz “stary grzyb”
. Potem knajpka, obiad, wino, seeeeen i wieczorny spacerek – znaleźliśmy wtedy drogę na el Mirador (czyli punkt widokowy, który wypatrzyliśmy z dołu). Drogę = pionowo w górę ciągnące się w nieskończoność zakręcane schodki, bardzo wąskie, pomiędzy domami (oczywiście jak najbardziej zamieszkałymi).
Poszliśmy tam na następny dzień, czyli ostatniego dnia naszego urlopu. Widok zapierający, co zresztą widzieli wszyscy co oglądali nasze Panoramy z aparatu
W sumie nie będę tego komentować, bo tego wrażenia nie da się opisać.
Na koniec przeszliśmy się na wychodzący w morze “cypelek” z usypanych kamieni, czyli taki kamienny pomost. Tam na słoneczku wygrzewały się Kraby. Mike oczywiście nie mógł przepuścić takiej okazji i jak kozica począł skakać po skałkach, żeby dotrzeć jak najbliżej i pstryknąć trochę fotek dla potomności. Tak się zapamiętał w tym zadaniu, że podczas szturchania kraba między skałki wpadły mu okularki
. Nie pomogło grzebanie patyczkami, krab się zemścił. Nic – kupimy drugie
No i w zasadzie to były już ostatnie chwile naszego wyjazdu. Zapakowaliśmy się w machinę jeżdżącą i powróciliśmy na stare śmiecie.
Ale – pomysł z wyjazdem był naprawdę trafiony, miejsce do wypoczynku świetne, a czas spędzony tam – niezapomniany.
Święta Superowskie!
Generalnie Puerto de Mogan jest super miasteczkiem. Przyciąga swoim klimatem i urokiem, wakacje tam na pewno będą zajebiste, nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że byłoby to trafione miejsce na podróż poślubną