Właśnie dziś mija dokładnie 2 lata odkąd postawiliśmy nasze stópki na tej wyspie.
Po dwóch dniach bujania na oceanie i prawie dwóch tygodniach podróży (przymusowy tydzień w Cadiz) w końcu dotarliśmy do suchego lądu. Do celu naszej wędrówki. Do miejsca przeznaczenia.
Strasznie miło wspominam te kilka dni. Szaleńczy plan, nieskończoną podróż, dłuższą, ba – daleko dłuższą od każdej poprzedniej. Kolejne kilometry, zmieniające się krajobrazy, kraje. Im dalej na południe tym cieplej. Kurtek zimowych i swetrów pozbywamy się już tuż za Niemcami, a to dopiero koniec marca. Południe Hiszpanii tonie w słonecznym żarze, mijamy spieczone połacie ziemi, dzikiej, pustej, niezamieszkałej. Ochładza nas jedynie widok wyłaniającego się w oddali, jednego jedynego ośnieżonego wzniesienia, gdzieś w górach Sierra Nevada, na który w największym upale patrzymy z utęsknieniem.
Potem prom – prawie 48 godzin na pływającym Titanic’u. Wokół tylko woda, z przodu woda, w boków woda, pod nami woda, za nami – też woda. Nad nami bezchmurne niebo. I słońce. Po statku biegamy jak szaleni, cieszymy się jak małe dzieci.
Drugiego dnia po przebudzeniu w końcu LĄD. Dotarliśmy na wyspę. Las Palmas wita nas słonecznym porankiem. Jedziemy na południe. Na oko. Wszystko jest takie nowe, nieznane. Rozglądamy się wkoło. Po prawej piętrzą się góry. Masywne. Dzikie. Niedostępne. Po lewej woda. Piękna, błękitna. Nad nami bezchmurne niebo. Jedziemy przed siebie, nie do końca wiedząc gdzie, i już wiemy, że to jest TO.
Jest Pięknie.
(…)
Po dwóch latach życia na wyspie to wrażenie wcale nie przygasło. Codzień odkrywamy coś nowego, innego. Patrzymy na te same ulice, te same palmy. Te same góry, ten sam ocean, to samo niebo. Niby takie same, a jednak codzień inne. Za każdym razem widzimy w nich nowe piękno.
Jest po prostu Pięknie!