Święta, święta

Dziś kilka słów o tradycji Wielkanocnej.

Generalnie w Polsce właśnie trwają przygotowania do świąt, pieką się ciasta, wędliny, mięsa. Jutro jeszcze ostatnie porządki, potem poświęcić Święconkę i uff… możemy zasiąść w swoim fotelu i grzecznie czekać do porannego śniadanka z pysznościami. MNIAAAM!

Jak to jest w kanaryjskiej rzeczywistości? Czy też nawet myślę, że powinnam powiedzieć – hiszpańskiej ;)

No więc tu święta właśnie dobiegają Końca :)
W hiszpanii nie świętuje się jak u nas Niedzieli i Poniedziałku wielkanocnego. Tutaj mamy Semana Santa – czyli Święty (wielki) Tydzień. Najważniejszymi dniami są Czwartek i Piątek.
W zasadzie główny to chyba Wielki Piątek, bo nawet Carrefoure’a zamknęli ;)

Niestety nie bardzo wiem jak to się odbywa w tutejszych domach rodzinnych, ponieważ kultywujemy naszą polską tradycję. A właściwie to tych świąt w zasadzie nie obchodzimy tylko jeździmy sobie na małe wakacje :)

Tak czy inaczej święta nie są tu tak bardzo celebrowane jak w Polsce.
U nas to wielkie przygotowania, kupa wymyślnego jedzenia, 2 dni wolne od pracy, spędzane głównie w gronie rodzinnym.
Tu w zasadzie jest to jeden dzień i chyba wszelkie podobieństwa kończą się na wielkich zakupach w przeddzień. Chociaż biorąc pod uwagę, że wielkie zakupy robi się tu nawet przed wyborami (jakby od następnego dnia miało zabraknąć wszystkiego w sklepach) to chyba nie bardzo nawiązuje to do klimatu świątecznego ;)
Nie ma też święconki – a przynajmniej nie widziałam ludzi z koszyczkami.

No i co jeszcze?

Otóż większość kanaryjczyków spędza swój jedyny świąteczny dzień w: KFC, McDonaldzie, innych podobnych knajpkach, oraz.. na spacerze po Carrefourze (oglądając zamknięte sklepy oczywiście).

Jak dla mnie mało to świąteczne :)

(…)

Hehe, przypomniało mi się jak podczas pierwszej “kanaryjskiej Wielkanocy”, a byliśmy tu zaledwie kilka dni, w Lany Poniedziałek przylazł do nas robol instalować telefon :) Strasznie to było dziwaczne :D

(…)

Święta za pasem, w zasadzie już jutro, więc życzę Wam wszystkim:

Smacznego jajka oraz (koniecznie!) mokrego poranka w Wielkanocny Poniedziałek :)

*** WESOŁYCH ŚWIĄT ***

Un té, por favor

I znowu mi się przypomniało :) Pierwsze zetknięcie w ogóle z Hiszpanią..
I herbata ;)

 

Jadąc na wyspę musieliśmy zatrzymać się na prawie tydzień w okolicach Cadiz, by poczekać na prom. Wypływa on raz na tydzień, no a my mieliśmy pecha i uciekł nam niemalże spod nosa :)

 

Zatrzymaliśmy się więc w hoteliku i, skoro i tak nie mieliśmy konkretnego zajęcia to uczyliśmy się języka, łaziliśmy po ulicach, oglądaliśmy i ogólnie szukaliśmy sobie coś do roboty.
Trochę odbiegając od tematu – to był ten tydzień, przez który nauczyliśmy się więcej hiszpańskiego niż przez ten cały prawie już dwuletni pobyt na kanarach ;)

 

Ale – musieliśmy też jeść. Więc chodziliśmy sobie po knajpkach. Oczywiście obowiązywał język hiszpański, toteż wyposażeni w rozmówki staraliśmy się odkryć Co też zamawiamy i sprawdzać czy to co otrzymaliśmy to naprawdę to co chcieliśmy ;)

Generalnie niespecjalnie trudne to było i nic nas specjalnie nie zaskoczyło. Niespodziewany problem natomiast pojawił się przy zamówieniu.. herbaty.

Herbata po hiszpańsku to “té”, ale te ma też inne znaczenia, oczywiście będąc inaczej akcentowane. Próbowaliśmy na wszelkie sposoby wymówić te dwie straszne literki, ale raczej nie da się akcentować ich inaczej, ani inaczej powiedzieć. A kelnerzy zawsze baranieli i robili małpie oczy kiedy wymawialiśmy ten okropny wyraz. W końcu zawsze udawało się otrzymać ten nieznany napój, jednak wymagało to ogromnego wysiłku :)

 

Kiedy dojechaliśmy na wyspę nasz kolega objaśnił nam, że hiszpanie to naród kawoszy, oni piją kawę od rana do nocy i w zasadzie tylko kawę. Jak ktoś zamawia herbatę to tak jakby w Polsce zamówić w knajpie rumianek :)
Poradził nam też, żeby zamawiać nie “un té” ale “taza de té” – filiżankę herbatki. I radę tę przekazuję Wam wszystkim, bo pomimo tego że przykładowy hiszpan trochę baranieje przy takim zamówieniu, to chociaż wie o co chodzi :D

Opublikowane w: on marzec 12, 2008 at 2:46 pm Dodaj komentarz

Zaparkujmy gdzieś

W zasadzie to żadna tajemnica, że w każdym z południowych krajów istnieje problem z parkowaniem. Słyszałam to z wielu źródeł, a będąc i w Hiszpanii i w Grecji, no i teraz mieszkając tutaj, mogłam to tylko potwierdzić.

Samochodów jest mnóstwo, samochody są wszędzie. Znalezienie miejsca w ciągu dnia graniczy z cudem. Ulice, mimo iż wąskie oblężone są po obu stronach samochodami. Wygospodarowane pod parkingi miejsca obstawione. Można czasem jeździć w kółko pół godziny zanim znajdzie się kawałek miejsca.

Nie umiem powiedzieć dokładnie jak gdzie indziej jest, ale tu na kanarach już zdążyłam zorientować się, że każda rodzina znajduje się w posiadaniu nie jednego, a minimum kilku egzemplarzy pojazdów mechanicznych, więc w sumie problem nie powinien dziwić. Ale i tak dziwi.

No ale tak naprawdę to przypomniała mi się nasza ostatnia historyjka, związana właśnie z parkowaniem.

Otóż pojechaliśmy, ot tak sobie, załapać trochę słońca do Puerto Rico. Oczywiście trzeba zaparkować. Wiedząc dokładnie dokąd zmierzamy postanowiliśmy zostawić naszą sabinkę przy porcie, na płatnym parkingu. Przed szlabanem otrzymaliśmy info, że ów parking jest “Completo”. Mieliśmy czas, więc poczekaliśmy. Faktycznie zajęło to z 5 minut. Przekraczając szlabanik Mike ze śmiechem powiedział: “zaraz okaże się że miejsca do parkowania było tu mnóstwo”.

I wiecie co? Oczywiście tak właśnie było :)

(…)

Dziwić się? eeeh, na Kanarach żyjemy przecież :) Tu zdarzyć może się wszystko :D

Opublikowane w: on marzec 4, 2008 at 10:07 pm Dodaj komentarz