Niedzielne grilowanie

Tydzień temu postanowiliśmy urządzić sobie niedzielnego grila na świeżym powietrzu. Jako miejsce docelowe wybraliśmy Barranco de Guayadeque – miejsce naszej kanaryjskiej imprezki. No i już w sobote zaopatrzyliśmy się w niezbędne przedmioty czyli mięsko.

W niedzielę z ranka przygotowaliśmy sobie szaszłyczki, bowiem to miało być naszym głównym daniem. Oczywiście szaszłyczki nie były kupne tylko sami je sobie ponadziewaliśmy na patyki :) . Wyglądały apetycznie z tym mięskiem, cebulką, pieczarkami i papryką…

Nie czekając dłużej wsiedliśmy w Sabinkę i pojechaliśmy.

Niestety nic nie może być idealne, tak więc po drodze przez Barranco, minęliśmy dziesiątki grilujących rodzin. Nie inaczej było na naszym miejscu. Tłum wygłodniałych kanaryjczyków, którzy w niedzielę przypomnieli sobie, że można czasem wyjść z domu dalej niż do knajpy na pizze i mecz :) .

Nie zrażeni pomknęliśmy z powrotem wypatrując jakiegoś innego wolnego, zdatnego do grilowania miejsca. Jednak żadne nam nie odpowiadało do końca, bo te z daleka wyglądające na odpowiednie nosiły ślady bytności ludzkiej (sądząc po różnych odpadkach i odchodach w krzaczkach).

Toteż w końcu postanowiliśmy wrócić z wałówką do domu i na spokojnie zrobić grila na tarasie :) .

Ostatecznie zamiast grila nasze szaszłyki usmażyliśmy na patelni, bo stwierdziliśmy, że za bardzo wieje, no i nie chciało nam się składać naszej Sypialni (czyli naszego Namiotu Na Tarasie) :) .

(…)

Nasza wycieczka, choć krótka nie okazała się oczywiście totalną porażką. W końcu w świetle dziennym mogliśmy obejrzeć całe Barranco de Guayadeque.
Faktycznie jest to chyba najbardziej zielone miejsce na Kanarach. Głównie ze względu na ukształtowanie. Ograniczone z obu stron górami, tak że nie ma tu tak wyraźnego wpływu gorącego słońca. Widoki jak zwykle piękne.

No i dodatkowo te mieszkania w skałach. Co jakiś czas można zobaczyć zagospodarowane skalne chatki, albo w połowie wykute w skale i w połowie z dobudowanym fragmentem domu, albo całkowicie jaskiniowe.

Przez całą drogę napotkaliśmy chyba ze 3 restauracje. Przy jednej z nich znaleźliśmy zachwycający Kościółek. Ja w pierwszej chwili nawet go nie zauważyłam, tak jest niepozorny. Cały wykuty w skale, w środku bardzo mały i bardzo skromny. Poza trzema figurkami na ołtarzu żadnej innej bogatszej ozdoby. Do tego wykuty w skale konfesjonał i ambona. Robi niesamowite wrażenie, także przez to że nie jest wogóle oświetlony.

Idąc w górę od Kościoła dochodzimy do kolejnego domu w skale. Naprawdę niesamowicie to wygląda. Tu taki kuty kurnik, gołębnik, drzwi w skalnej ścianie, no i żeby jednak potwierdzić to, że ktoś tam mieszka – suszące się pranie :) .

W Barranco znajduje się również Muzeum, ale jak to zwykle bywa, poskąpiliśmy grosza i nie poszliśmy.
Poczekamy aż przyjadą jacyś goście do nas, to wtedy razem wybierzemy się ukulturalniać :D .

Opublikowane w: on czerwiec 17, 2007 at 8:43 pm Dodaj komentarz

Impreza w stylu “Canary Island”

Wprawdzie minęło od niej już czasu sporo, chyba ładne 2 miesiące, ale do tej pory nie miałam okazji podzielić się moimi wrażeniami z pierwszego, prawdziwie kanaryjskiego party.

Generalnie o imprezie mówiono głośno i dużo już na dwa tygodnie wcześniej. Miało to być Wielkie Grilowanie i Popijawa.

A, zapomniałabym o najważniejszym – party organizowane było przez kolegów z kapelki, w której gra mój przewspaniały Mąż (Mężu niech ci palma przez to do głowy nie uderzy :) ). A okazja? Okazja zawsze się znajdzie, jak to mawiają u nas. Tu tą okazją była sesja fotograficzna Zespołu, która odbywała się tuż przed imprezką :)

Plan był taki: kupujemy żarcie i picie i jedziemy na grila do Aguimes.

Tak więc chętni i gotowi po godzinie 22giej tego piątkowego wieczora spotkaliśmy się pod naszym domkiem. Wsiedliśmy w samochodziki (oczywiście minimalną ich ilość) i pojechaliśmy.
Po drodze oczywiście okazało się, że trzeba jeszcze poczekać na Danny’ego (wokalista z Urugwaju), Alex (kanaryjski basista) musiał po ważne rzeczy pójść do domku (magnetofon i gitare, oraz szalik!!), a potem jeszcze Hector (gitara nr 1 z Urugwaju) musiał nam znieść wałówkę (bo oczywiście okazało się, że “żonę boli gardło” więc standardowo musiał zostać w domu :) Tak dla wyjaśnienia – żona była też zaproszona na party, a Hector zawsze ma jakąś wymówkę związaną z żoną kiedy ma się stawić na próbie..). Na szczęście ostatni członek kapeli – Pedro (najmłodszy, większość czasu spędza na kontynencie na studiach, chyba jest z Hiszpanii, w zespole – gitarzysta nr 2) gotowy spokojnie czekał z nami w samochodzie. Potem jeszcze trzeba było zatankować, a przy okazji każdy musiał napić się kawy z automatu (dla uściślenia – było tak ok. 23ciej…).

W końcu udało się i wyruszyliśmy dalej jadąc zabójczą prędkością 60 km/h (Alex powoził). Dojechaliśmy do Aguimes, ale na zaplanowanym miejscu (takim grilowym placyku) panowało mocno zniechęcające wietrzysko. Po krótkiej Naradzie nasi Wielcy Organizatorzy ustalili Nowe Miejsce – w Barranco de Guayadeque, gdzie niezwłocznie się udaliśmy.

Marta, chyba nie będziesz zadowolona jak to przeczytasz, bo wiesz – okazało się, że tam gdzie zakończyliśmy naszą wycieczkę to to Barranco dopiero się zaczynało. Wąwóz ten ciągnie się i ciągnie, całkiem spory kawałek i na samym końcu jest taka słynna restauracja – jedna z jego atrakcji, a po drodze chyba muszą gdzieś być te zamieszkane jaskiniowe mieszkania, ale że było ciemno to nie widzieliśmy żadnej :) .

Ale wróćmy do tematu – rozgościliśmy się z naszym prowiantem nieco przed wspomnianą restauracyjką, na grilowym miejscu, zebraliśmy gałązek, ale jakoś pomału tego grila rozpalali chłopcy. Okazało się, że w międzyczasie Alex pojechał po jeszcze jakichś znajomych do Vecindario, a z grilem czekamy na nich…

Nic to – głodni bo głodni, ale wychowani jesteśmy więc spokojnie czekaliśmy, toczyliśmy bardzo inteligentne rozmowy w połamanym dialekcie językowym (polsko-angielsko-hiszpańskim) i oczywiście “drinkowaliśmy”, czy też raczej powinnam napisać – sączyliśmy (żeby na dłużej starczyło).
Takaż to bowiem różnica obyczajów wynikła: W Polsce jak idziesz na imprezę krzycząc, że będzie to Popijawa, to z alkoholu jest min. pół litra wódki na łebka, stosy piwa, a do tego i tak każdy przychodzi jeszcze z własną zastawą. Tu – szykując się na Popijawę chłopcy na jakieś 10-15 osób wzięli: 1 rum, 1 wino (a może 2) oraz 1 colę :D . Hehe – u nas taka zastawa to się nazywa “grzeczny wieczorek”, najczęściej w babskim gronie, jeśli wziąść pod uwagę rodzaj alkoholu ;) . Od razu uprzedzam – nie czepiam się ilości alkoholu, bo sama jakoś nie gustuję w wielkich jego ilościach, ale po co od razu nazywać imprezę Popijawą skoro ledwo da się na niej umoczyć pysia??

Dobra, wracajmy do tematu głównego. O 1-szej w nocy (!!!!) udało się zebrać całą drużynę i rozpocząć grilowanie. I oto kolejna masakra kanaryjska – czyli Organizacja, a raczej jej brak.

Śmieliśmy się z Mikim straszliwie jak na to patrzyliśmy. Co by nie mówić o Polakach, ale do imprezek są pierwsi i przygotować je umieją świetnie (w sensie zaplanowania i realizacji). A ci? Dwa tygodnie impreze planują, a kiedy przychodzi co do czego to nawet nie wiedzą Gdzie ona wogóle ma być. Do tego taka mała dygresyjka jeszcze – u nas o godzinie 1szej w nocy to już połowa imprezowiczów rzygałaby pod stołami, znaczy się – party byłoby już na ukończeniu. A ci dopiero się zaczęli rozkręcać. Cóż – co kraj to obyczaj :D

Ogólnie było bardzo miło i sympatycznie, tylko zimno strasznie. Byliśmy … Uwagaaaa … w kurtkach! I żałowaliśmy, że nie mamy szalików! A z buzi leciała nam para :)

Wróciliśmy o 5tej rano i na następny dzień obudziliśmy się …skacowani… (ciekawe po czym????). Uratował nas Pyszny Polski Żurek z torebki Mniam Mniam Mniam :D

Opublikowane w: on czerwiec 10, 2007 at 12:24 am Komentarze (4)

W końcu na Roque Nublo !

To Roque Nublo, na które nie udało nam się dojść z Martą wciąż nie dawało nam spokoju. No i w końcu ostatniej soboty obudziwszy się rankiem stwierdziliśmy, że to jest chyba odpowiedni dzień na podjęcie kolejnej próby dotarcia do tejże skały.
Jednak tym razem poszliśmy na łatwiznę, czyli: wsiedliśmy w samochodzik (naszą wspaniałą Sabinkę) i podjechaliśmy sobie aż pod parking pod Roque. Pogoda sprzyjała. Ani nie było za zimno, ani za gorąco, słońce co i rusz chowało się za chmury, toteż nie było uciążliwe. Jedyne co, to w drodze zastanawialiśmy się czy cokolwiek zobaczymy, bo nad najwyższymi szczytami wisiały brzydkie, ciemne, ciężkie chmury…

No ale dojechaliśmy na parking i oczom naszym (w oddali oczywiście) ukazały się Roque Nublo i jego sąsiedzi: La Rana (czyli Żaba) i El Fraile (Mnich – to co poprzednim razem wzięliśmy za Nublo – jest on nieco odsunięty od pozostałych).
Wkroczyliśmy na ścieżkę. Już nie robiła takiego wrażenia jak wtedy, kiedy wszędzie były chmury i mgła, kiedy nie było widać co jest pod nami, kiedy to z Martą usilnie trzymałyśmy się wewnętrznej jej strony… Tym razem widoczność była doskonała, także naszym oczom ukazywały się śliczne, głębokie, zielone dolinki.
Doszliśmy pod El Fraile. Nie skorzystaliśmy jednak jak wtedy ze skrótu pod górkę, tylko poszliśmy dalej wyznaczoną trasą. Jak się później okazało był to dobry wybór, gdyż mimo iż wydaje się inaczej, nie ma drogi łączącej Mnicha z Roque Nublo.
Szlak jest w sumie prosty i idzie się nim stosunkowo łatwo, my jednak przystawaliśmy co i rusz żeby obfotografować okolicę. Widoki zachwycające. W końcu doszliśmy do ostatniego drogowskazu. Przed Roque Nublo dzieliła nas zaledwie mała wspinaczka na skalistą skarpę.
Hmm, oczywiście mimo wskazanego kierunku pomyliliśmy drogę :) . No ale kto mógł przypuścić, że te kilka kamyczków ułożonych w poprzek ścieżki wskazuje na Zakaz Wchodzenia Dalej (kanaryjskie cholerne oznaczenia). Ja to nawet nie zauważyłam tych kamyczków. No ale i tak daleko nie zaszliśmy tamtędy, bo po prostu ścieżka się urywała i idąc dalej można było zamiast zdobyć szczyt to skręcić sobie kark :D . Tak więc i tak wróciliśmy na odpowiednią drogę, skąd już bez przeszkód doczłapaliśmy się na samą górę.
Znaleźliśmy się na płaskiej skarpie, a przed nami wyrósł ogromny Roque Nublo, a obok niego miniaturowa La Rana, która zresztą stosownie do nazwy przypomina wyglądem taką siedzącą Żabę z wzniesioną ku Nublo główką.
Oczywiście rozciąga się z tamtąd niesamowity widok na okolicę. Była średnio dobra widoczność, ale mimo to z pod “Maczugi” można było bez przeszkód dostrzec Las Palmas!! Również bez problemu zobaczyliśmy najwyższe wzniesienie Pico de las Nieves, a podobno przy naprawdę ładnej pogodzie można zobaczyć i Teneryfę. Tym razem jednak nie udało się to. Roque Fraile – również doskonale w oddali widać. Nie wiem jak tego małego pypka mogliśmy wziąść za Nublo! No ale kto mógł przypuszczać, że oni maja więcej takich sterczących skałek koło siebie. W sumie jak pierwszy raz czytałam, że Roque Nublo to taka ich święta skała to myślałam, że dlatego święta że wyznacza środek wyspy i że jest taką unikatową, niepowtarzalną, jedynym egzemplarzem. A oni tu na każdym wzgórku mają jakieś sterczące dzyndzle :) .
Co jeszcze dodać? Może z ciekawostek – na obu Roque (Rana i Nublo) przygotowanych jest po kilka(naście) tras wspinaczkowych. Jak byliśmy to grupka takich wspinaczkowców okupowała Żabkę.
W drodze powrotnej wstąpiliśmy oczywiście i do Mniszka, wspinając się po tej śliskiej wydeptanej ścieżynce. A potem już powróciliśmy na parking, gdzie oczekiwała nas nasza niebieściutka Sabinka!

Było jeszcze wcześnie, więc pojechaliśmy dalej przed siebie, zatrzymując się w mijanych fajnych miejscach i oglądając okolicę. Dotarliśmy w ten sposób pod samo Pico de las Nieves. No cóż, nie będę nikogo zachęcać do podróży w to miejsce. Może i nigdzie nie jest specjalnie zachwalane, ale pociąga już sam fakt, że jest to najwyżej wzniesiony punkt na wyspie (oraz to że oczywiście czasem pojawia się tam śnieg). Generalnie inaczej to sobie wyobrażałam i się zawiodłam co nieco.
No ale przejdźmy do sedna. Otóż do samego wierzchołka czyli Pico nie da się dotrzeć, gdyż umiejscowiła się tam baza wojskowa, jak się samo przez się rozumie – wstęp surowo wzbroniony. Na szczycie poza słupami wielka kulka. Z tego co się orientuję jest to obserwatorium astronomiczne usytuowane tam ze względu na bardzo dobrą widoczność oraz bardzo małe ilości chmur występujących na tej wyspie. Szkoda że niedostępne dla postronnych, bo napewno stanowiłoby nie lada atrakcję dla wielu.
Najdalej wysunięte miejsce na Pozo de las Nieves to taras widokowy, a w zasadzie parking widokowy. Miejsce na samochody, rzut oka w dolinkę i sklepik na kółkach z kanaryjskimi produktami. To co fajne to były pokłady chmur pod nami w dolince. Prawie jak z samolotu :D

Dzień postanowiliśmy zakończyć grilem na świeżym powietrzu. W okolicach Roque Nublo i Pico znajduje się wiele placyków przygotowanych właśnie do grilowania (chyba najwięcej i najbardziej znane i oblegane są w Las Mesas). Na każdym z nich po kilka kamiennych grili, oraz stoliki i ławeczki. Wystarczy mieć węgiel i wałówkę i już można się rozgościć. Tak więc po szybkich zakupach w San Mateo zatrzymaliśmy się w jednym z takich miejsc i oddaliśmy się wspaniałemu zajęciu Grilowania :)

I tymże wspaniałym akcentem na dziś zakończę moje bazgrołki :D Było naprawdę fajnie!

Opublikowane w: on czerwiec 6, 2007 at 11:39 pm Komentarze (1)