Pora Deszczowa

No więc na Słonecznych Kanarach nastała Pora Deszczowa. Pada ciągle, pada równo, pada dzień i noc. I tak od wczorajszego poranka…
W sumie miło sobie pada – zrobiło się leniwie i tak wrześniowo :-)

I wszystko byłoby naprawdę super, bo w końcu deszczyk to taka miła odmiana, gdyby nie fakt, że przecieka nam mieszkanko !!

Ogólnie te tutejsze domy to chyba takie Domki Słoneczne, w końcu ludzie mają tu deszcz raz na rok – więc do szczelnych nie należą. Znaczy sufit, a i owszem, odpukać, trzyma się jeszcze, ale ściaaaaanyyyyyyy ….

Ale od początku.

Więc tradycyjnie na początku deszczówka przybywa do nas tak całkiem po prostu przez drzwi tarasowe :) Ktoś był naprawdę inteligentny i zrobił wyjście na taras bez progu, w związku z czym co deszcz to ta woda pod drzwiami wpływa sobie radośnie do środka i myje nam podłogę.

Kolejny punkt strategiczny naszej deszczowej wody to parapet naszego jedynego okienka. Okno nie ma żadnego daszka, co więcej szyby w nim są przesuwne (jak w gablotach), także cała woda zbiera się w rynience i w ten sposób podmięka nam “parapet”, no a jak za bardzo podmięknie to i po ścianie kapać zaczyna.

Wczoraj był jeszcze luzik, bo nawet nas nie zalało, ale dziś dzień minął pod znakiem: “Wiadro, Woda i Ścierka”.

Padało sobie i padało, a wody robiło się coraz więcej. Zaczęło brakować suchych ściereczek, a ręce już miały dość wykręcania wody :)

Jednak Deszcz padał uparcie, więc nadszedł czas na Nowe Pomysły :)

1. Impregnacja Drzwi Tarasowych

Idea Pierwsza – zrobić z czegoś próg – szybko odpadła, bowiem jedyną rzeczą użyteczną były deski a one okazały się być za długie…

Idea Druga – zdjęliśmy ceratową zasłonkę łazienkową i zatrzasnęliśmy na niej drzwi, tak że ona cała była na zewnątrz. Hmm… zdała egzamin do momentu aż zaczęło wiać w szybę i ona się przykleiła do niej, a woda…. Powstała więc:

Idea Druga A – ceratkę w cześci przepuściliśmy pod drzwiami i podwinęliśmy do góry po stronie wewnętrznej (trzyma się na sznurówkach), na zewnątrz leży sobie płasko i przyjmuje wodę :)

Na razie działa !!!

2. Rura od okapu

Taaak – otóż nie mogło się skończyć na dwóch miejscach przecieku – pojawił się kolejny – rura od okapu.
W pierwszym odruchu przekręciliśmy rurę wewnątrz do góry nogami, ale najbardziej skutecznym okazał się .. Słoiczek :)

3. Pozostało nam więc: Okno

I z nim będziemy chyba do rana walczyć, bo nijak pomysłów na niego nie ma. No ale to jedno miejsce do pilnowania, a nie trzy :)
Pozostaje jeszcze kwestia przemiękających powoli ścian…

Tak więc:

Bardzo ładnie upraszamy Kanaryjski Deszczyk
o Zaprzestanie Działalności Mocząco-Padającej
i udostępnienie Suszących Promieni Słonecznych :)

Ale! O mały włos bym zapomniała!
Otóż poszliśmy w ten Deszczyk na spacer zobaczyć koryto rzeczki (to standardowo bez wody). I wreszcie jest !!
MAMY RZEKĘ !!

Opublikowane w: on styczeń 27, 2007 at 11:37 pm Komentarze (6)

Jak pech to pech

Nie wiem jak to sie dzieje, ale odkąd się tu wprowadziliśmy to ciągle mamy jakiś problem z wodą.

Najpierw było kiepskie ciśnienie, no i zawsze tej wody z bojlera cieplusiej na krótko starczało. Ale przyzwyczailiśmy się.

Potem Juan (właściciel kamienicy) zamontował jakieś tajemnicze urządzenie na dachu, które sprawowało władzę nad ciśnieniem wody. Naprawdę nie byłoby nic do zarzucenia, gdyby ono ciągle się nie psuło albo nie zacinało :-) .
A tak – raz na 2 tygodnie trzeba było uskutecznić wędrówkę w poszukiwaniu Juana, żeby „oddał” nam wodę.
Do tego też się przyzwyczailiśmy – zastanawialiśmy się tylko, kiedy mu się w końcu znudzi wieczne naprawianie machiny :-) .

Tak było do zeszłego piątku …

W zeszły piątek wieczorkiem kolejny raz poczłapaliśmy do Juana, żeby znowu uruchomił nam wodę z ciśnieniem. I tym razem chyba okazało się, że urządzenie nie wytrzymało próby czasu i się całkiem popsuło, albo gościu się znudził zabawą z pompą i wodę podłączył nam inaczej.
Nie mogliśmy być niezadowoleni :)

I tu zaczął się Mój Pech …

W sobotę rankiem słodko zanurzyłam się w wanience rozkoszując się cieplusią wodą, kiedy to… wywaliło korki !
No i w ten sposób dokończyłam kąpiel w ciemnościach.
To nie było miłe.

Ale na tym nie koniec.

Niedziela – korki wypadły jak myłam sobie ząbki.
Poniedziałek – pranie ręczne – znowu bez światła.
Wtorek – Hurrraaa !! Aż chciało się krzyczeć z radości – calusieńki dzień i Zero Problemów Wodno-Prądowych :)

Środa obudziła mnie rozśpiewanie :) . Zerwałam się wcześnie, podłączyłam komputerek, żeby się rozgrzał do pracki i wbiegłam radośnie pod prysznic…
Hmm.. Mój entuzjazm prysł, a humorek… na pewno mój Mąż coś zechce na ten temat dodać – bo generalnie popadłam w swoistą smuciastą całodzienną psychodelię.
Wieczorkiem dla poprawy humoru postanowiłam zalec w wanience…
No i co?? Oczywiście – znowu mi wypie…liło korki!! Grr..

Tego już nie wytrzymaliśmy i w końcu zawlekliśmy się do Juana :-) . Wcześniej nie szliśmy do niego, bo jego zapał i sposób działania w przypadku usterek domowych jest mocno wątpliwy :-)

Generalnie mamy bojler do wymiany, więc dopóki to się nie stanie „cieszymy się” zimną wodą :-)
No ale … mamy Prąd :)

A co jest najciekawsze z tego wszytkiego?
Otóż To się przydarzało TYLKO MI !
Mike się kąpał tyle razy co ja i Ani Razu korki mu nie strzeliły !!!

I gdzie tu sprawiedliwość? ;-)

Opublikowane w: on styczeń 25, 2007 at 12:26 am Komentarze (2)

Tarajalillo i okolice

Po dniach ślęczenia w domu i zajmowania się pracą dziś z okazji niedzieli postanowiliśmy się przejechać. Wsiedliśmy w pierwszą Guaguę i pojechaliśmy w okolice San Agustin – w zasadzie do Tarajalillo.

Pierwszy raz byliśmy tam na wieczornym spacerze i miejsce to od razu nam się spodobało.
Ciche, spokojne, mała choć kamienista plaża, rozgwieżdżone niebo i księżyc rozświetlający ocean. Klimat iście bajkowy, miejsce stworzone do romantycznych spacerów i miłosnych wyznań :-) .

Dziś pierwszy raz byliśmy tam w ciągu dnia. Jeśli ktoś lubi ciszę i spokój to to jest odpowiednie miejsce.
Przechadzając się wybrzeżem natrafiamy na malutkie kaministe plaże leżące w skalnych zatoczkach. My od razu wspieliśmy się na skałki i z góry patrzyliśmy sobie na ogrom oceanu i rozbijające się pod nami fale…
Widok zajebisty.

Dopełnieniem tego magicznego zakątka są ciągnące się wzdłuż wybrzeża kamieniczki w stylu arabskim – z kolumienkami, wieżyczkami i charakterystycznymi dla tej kultury elewacjami.
Jest naprawdę czarująco.

Spacerując nadbrzeżną promenadką natrafiliśmy na miejsce, które niegdyś musiało tętnić życiem. Małe kamienne zabudowania w labiryncie kamiennych schodków, z widokiem na morze.
Dziś wyludnione, wymarłe, zupełnie nieużytkowane, zaniedbane. A jednak niewiele by trzeba było by nadać temu miescu dawnej świetności.

I jakże ono odmienne od komercyjnego, sztucznie napędzanego i zupełnie nieklimatycznego, aczkolwiek najbardziej turystycznie odwiedzanego Maspalomas…

A może by tam zamieszkać? … Marzenie …

Generalnie okolice te są uczęszczane przez Skandynawów oraz rzesze emerytowanych Niemców. I choć raz w barze można było obejrzeć co innego niż mecz :) . A że był to bar Norweski to oczywiście królowały Skoki narciarskie, z czego akurat byłam super zadowolona, bo dawno nie widziałam w TV a jestem fanką :D

Naszą wycieczkę zakończyliśmy w małej knajpce obok arabskich domków, przy rybce i steku wołowym :) . Pychotka…

Przepiękne widoki, olśniewające krajobrazy, bajkowe, magiczne miejsca, niezapominane chwile, romantyczny nastrój, rozmarzenie i cicha kontemplacja :-) .

Wspomnienia …

Opublikowane w: on styczeń 8, 2007 at 12:49 am Komentarze (1)