…Wracaliśmy z naszej podróży w głąb wyspy, z wyprawy na Pico de las Nieves, która jak wiadomo zakończyła się jednak na innym wzniesieniu. Zmęczeni, głodni i z lekka zmarźnięci wsiedliśmy do Guaguy z San Bartolome i odliczaliśmy czas (godzinkę) do gorącej kąpieli, gorącej herbatki, suchych ciuchów.
Jednak był to dzień pełen zaskakujących wydarzeń, więc nie mogło obyć się bez czegoś niespodziewanego i w tym ostatnim etapie drogi do domku…
Wyjechaliśmy już z Agüimes – jeszcze tam jedzie się serpentynkami, krętymi uliczkami, mając z jednej strony strome góry, a z drugiej, może nie tak głębokie, ale jednak przepaści.
Pierwsza znakiem, że coś jest nie tak było chwilowe spowolnienie ruchu na drodze – jak się okazało wywołane tym, że droga była w kilku miejscach zasypana, spływającymi z gór wraz z deszczowymi potoczkami, kamieniami.
Było to ciekawe zjawisko – wywołało komentarze i zasłużone zaciekawienie podróżnych.
A jednak było niczym w porównaniu z tym, co mieliśmy zobaczyć chwilę potem.
Chwilę później wjechaliśmy w najprawdziwszą powódź: zalane ulice, zalane ronda, płynące potoki deszczowej wody wymieszanej z pyłem (zapewne pozostałym z kalimy), samochody stojące po koła/okna w tej “wodzie”, zalane posiadłości, biegający ludzie, strażacy, otwarte kanalizacje, które na prędko miały zmniejszyć poziom wody, objazdy…
A wśród tego, patrząc sobie obojętnie na ludzką panikę, spokojnie i niewzruszenie, wciąż padał sobie wcale nie malusi deszczyk…
Kilka kilometrów dalej życie biegło swoim rytmem – deszczyk popadywał wesoło, trwały kanaryjsie fiesty, nikt nie zdawał sobie sprawy, że kawałek dalej ludzie walczą z żywiołem…
Na szczęście kanaryjczycy potrafią dobrze się zorganizować kiedy trzeba, tak że do następnego dnia woda została skierowana do przeznaczonych dla niej koryt i ulice stały się znowu przejezdne etc.
Pozostał jedynie wszędzie zalegający brązowy osad…
U nas w Polsce co roku mamy powodzie.
Oczywiście można się przed nimi ustrzec. Ale po co opierać się na corocznych doświadczeniach i wyciągać wnioski, skoro można pieniądze na to spożytkować np na zmianę nazwy placu?? To jak zwykle taka mała dygresja
Generalnie chodzi mi o to, że co roku media nas informują o takim zjawisku, ale oglądane na szklanym ekranie nie robi żadnego wrażenia. Owszem szkoda i żal tych i tego co ucierpiało, ale tak naprawdę spływa po nas…
Wrażenie robi się dopiero jak ogląda się to na własne oczy…
A tu dwa linki do zdjęć z tej powodzi, nie wiem ile czasu będą działać, ale na razie są jeszcze aktualne. Jak ktoś chce to zapraszam:
Galeria 1
Galeria 2
Hehe, szkoda że nie wspomniałaś jak gonili w deszczu stado wołów przez Vecindario
No oczywiście wypadło mi to z głowy – ale post był zgoła w innym klimacie, jakoś woły i tak by mi nie pasowały tu. No ale dobrze, że wspomniałeś…
To krótko i zwięźle w komentarzu – przejeżdżając już guaguą przez Vecindario natknęliśmy się na stado wołów pędzone środkiem ulicy. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale generalnie to tu przez te ponad pół roku nie zauważyliśmy żadnej krowy i krowopodobnego zwierzęcia! A tu nagle całe stado…
Komentarz 2 – Do tej pory nie znalazłam tu krowiego białego sera !! Jest tylko kozio-owczy, niezjadliwy, bezsmakowy i do tego drogi !
no to mieliscie przygody . bez nich nie byloby ciekawie.galerie chyba juz nie dzialaja bo nie widac powodzi. no i dobrze, ze wrociliscie do domu cali i zdrowi
Galerie jeszcze działają – sprawdziłam – powódź widać. Galeria 1 zdjęcie nr 1 – “rzeka” w korycie, ale kolejne to już zatopione ulice. Galeria 2 zdjecie nr 1 mecz pilkarski w strumieniach deszczu – tak tu padalo, kolejne to tez akcje z powodzi.
no tak dziala galeria i tylko sie zastanawiam jakdojechaliscie do domu przez taka wode.wyglada to malo ciekawie
Dojechaliśmy objazdami – naprawdę zadbali o to, choć w niektórych momentach zastanawialiśmy się, czy przez tą wodę przejedziemy czy w niej utkniemy…
A JUZ MYŚLAŁAM, ŻE W TYM RAJU NIE MA KATAKLIZMÓW.
nIKT ZATEM NIE MA LEKKO – ALE U WAS NIE MA PRZYNAJMNIEJ
pISÓW, PLATFORM I SAMOOBRON. cO TAM POWODZ!!!