Po “ciężkim” zdobywaniu szczytów górskich w liczbie 1
(oczywiście wcześniej też łaziliśmy po górach, ale to był pierwszy pagórek podczas tejże wizyty Marty !!) jeszcze chętniej zasiadłyśmy z Martą nad przewodnikiem i mapą, żeby zlokalizować jakiś równie ciekawy CEL. To co pierwsze przykuło naszą uwagę to właśnie Guayadeque – jest niedaleko, jest wąwozem, więc dla odmiany nie trzeba się wspinać hehehe i miało dość zachęcający opis
Barranco de Guayadeque – wąwóz rozciągający się pomiędzy Agüimes a Ingenio, skasyfikowany jako Zabytek Przyrody i Obiekt Kultury. W języku Guanczów, pierwotnych mieszkańców Wysp Kanaryjskich, jego nazwa oznacza “miejsce, którym płynie woda”
(i ponoć kiedyś tam płynęła rwąca rzeka… …tylko pewnie jej się wyschło
).
Podobno to jeden z najciaśniejszych wąwozów na Gran Canarii, o pięknym krajobrazie i wysokościach dochodzących do 1500 metrów, schodzący do wschodniego wybrzeża wyspy. Słońce oświetla tylko niewielką jego część, toteż jest w nim wyjąkowo zielono. I to właśnie było to co nas przekonało do wybrania się tam – bo poza palmami i kaktusami na tej wyspie w ciągu lata niewiele tu zieleni, wszystko raczej wysuszone i brązowe. A nam w końcu zabrakło widoku trawy
W wąwozie można znaleźć ponad 80 gatunków roślin endemicznych m.in. wysokie sosny kanaryjskie i kostropate krzewy wilczomlecza kanaryjskiego.
Na brzegach “rzeki” Guanczowie założyli osadę. Mieszkali w wykutych w skałach jaskiniach po słonecznej, wschodniej stronie rzeki – w zastygłej lawie kryją się setki jaskiniowych mieszkań, z których wiele jest zamieszkałych do dziś (większość z nich stanowi weekendowe “domki letniskowe”). Po ciemnej – zachodniej stronie chowali zmarłych – odkryto tu liczne miejsca pochówku wypełnione kośćmi i zmumifikowanymi zwłokami z czasów przedhiszpańskich (oczywiście już ich tam nie ma
).
Za wyjątkową atrakcję uważa się w Guayadeque wykuty w skale kościół, jak również bary i restauracje w podobny sposób wpasowane w krajobraz.
Przechadzka “Barankiem”
Więc – obrałyśmy CEL podróży i ustaliłyśmy Trasę. Odwaliliśmy poranną robótkę i wyruszyliśmy. Część 1 – dotrzeć do Agüimes. Czyli Guaguą Nr 1 do Cruce de Arinaga i następnie Nr 22 na miejsce docelowe. Kilka dni później oczywiście odkryliśmy, że mamy bezpośredni tam autobus z pod domu…
Agüimes – tu właśnie zaczyna się wąwóz Guayadeque. Kierując się znakami na drodze szliśmy coraz dalej i dalej asfaltową uliczką. Po lewej stronie mijaliśmy nieliczne zabudowania, jedne w skałach, inne nie. Po prawej, w dole rozciągało się dno kanionu. Z góry patrzyliśmy na bardzo zachęcająco wyglądającą ścieżynkę, która wołała do nas “Chodźcie Chodźcie”
, i to pojawiała się, to znikała nam z oczu.
Wszędzie w skałach widoczne były mniejsze bądź większe jaskinki. W końcu doszliśmy do miejsca gdzie droga asfaltowa łączyła się z tą naszą Uroczo-Wyglądającą-Z-Góry Dróżką. Asfaltówka (wg mapy) prowadziła dalej, pomiędzy wysokimi górami, do Montaña de las Tierras. Jednak jednogłośnie wybraliśmy powrót Ścieżką
.
Na tymże samym połączeniu dróg wypatrzyliśmy Jaskinię. Więc oczywiście musieliśmy do niej się wdrapać. Mieliśmy tylko takie niejasne uczucie niepewności, czy czasem nie chodzimy po czyjejś posesji… Bo najpierw szlismy w górę podjazdem samochodowym, aż doszliśmy do domku… ale bez dachu. Dalej w górę pięły się kamienne schodki, ale to wszystko nie wyglądało na całkiem opuszczone. Do tego w “domku” zaczęły ujadać psy… No ale ciekawość zwyciężyła i poleźliśmy dalej w górę.. aż do Jaskinek.
No coż – jaskinka jak jaskinka – otwór w skale
. Bardzo ładna, prawie zagospodarowana: stary, zmęczony życiem materacyk, oraz cały zestaw butelek po wódce
. Ale z zewnątrz prezentowała się całkiem należycie, zresztą sąsiednia również, więc popstrykaliśmy sobie pamiątkowe fotki, no i skierowaliśmy się na Ścieżkę Powrotną.
Wracaliśmy dnem wąwozu, po lewej minęliśmy tę słynną knajpę i okoliczne zabudowania, ale nie zaglądaliśmy tam. Wszędzie faktycznie dużo krzaków i roślinek, na skarpach zabudowania gospodarskie, domy wpasowane w skały, szczekające psy. Miło się szło… do momentu aż nam się ścieżka nie urwała !! Chcąc nie chcąc musieliśmy iść tym co było – czyli po kamulach, albo nazywając to po imieniu – po dnie “rzeki”
. Nietypowa atrakcja – dobrze, że w tym kraju płyną suche rzeki
.
I tą oto Drogą-Kusicielką dotarliśmy do szosy. Tylko żeby dotrzeć do naszego Estacion de Guaguas musieliśmy teraz wspiąć się do góry! I tym sposobem znaleźliśmy strasznie fajne miejsce – nazwałabym to takim mini Parkiem. W górę prowadziły kamienne ścieżki, bądź kamienne schody. Wokoło pełno zieleni, kwitnących różnokolorowych roślin (nie tylko palm !), do tego nietypowe formacje skalne. Naprawdę pięknie i klimatycznie… Aparat w użyciu non-stop
W końcu musiałyśmy jednak opuścić ten raj, bo Mike już od kilku ładnych minut krzyczał za nami z góry – myślał, że oczywiście zgubiłyśmy się
(jak można się zgubić na takiej małej powierzchni !!).
No i w sumie poczłapaliśmy się do guaguy i pojechaliśmy do domku na na pewno pyszny obiadek, czymkolwiek on był ![]()
Przepis na królika
Ponieważ Aga nie chce pisać, ja coś napiszę ;D w komentarzu
Ostatnio trendy jest pisanie przepisów kulinarnych na blogach, więc i ja dodam coś od siebie.
Królik duszony
Zasadniczo pobieżnie: gotujemy wodę z ziołami, kostka rosołową i posiekanymi zielonymi papryczkami (takie małe, ostre, mniam) – i czekamy az się zagotuje – zioła mozna dodawać do woli wedle uznania, ja dodałem natkę pietruszki
Po zagotowaniu, do wrzątku wrzucamy królika w kawałkach, mniej więcej wielkości takich jak kurczaka się dzieli na kawałki. Gotujemy. W międzyczasie przygotowujemy warzywka: marchewkę kroimy w paseczki, por by się przydał jakiś, może seler, kalafior, brokuł, coś tam takiego. Jak królik powoli zaczyna być miękki (20 min) dodajemy warzywa i dusimy na wolnym ogniu. Po kolejnych 20 minutach rzecz można uznać za zakończoną i podajemy z ziemniaczkami
Pycha.
Jak kupowalismy królika w kawałkach to dostała nam się w zestawie wątróbka. OK, myśle sobie, usmaże na szybko
Patelnia, oleum i smażymy! Najpierw usmazyłem na oleju 2 malutkie czerowne papryczki (Cayenne), jak się zwęgliły – wyjałem i wyrzuciłem, ale olej już nabrał właściwej ostrości. Wtedy na dosłownie minutkę położyłem króliczą wątróbkę, obsmażyłem z dwóch stron i voila !
po pokrojeniu na kawałeczki, ze świeżym chlebem – mamy pyshną przystawkę
Smacznego !
pycha! a tu króliki niepopularne, oj niepopularne jakie.A jak juz są to drożyzna,ze tylko potęsknic mozna.
moze bys poczestowal swoja potrawa. pewnie jest pyyyyyyyszna mniam