I w końcu nadeszła pora na chyba jak dotąd najdłuższą z naszych pieszych wycieczek – do samego środka wyspy i oczywiście na najwyższy szczyt (bo przecież nie będziemy się rozdrabniać
).
Na dzień wyprawy wybraliśmy sobotę i to od samego ranka, tak więc już w piątkowy wieczór zabraliśmy się za dopracowywanie szczegółów. Nie było to najprostsze, bowiem dysponowaliśmy: przewodnikiem Marco Polo oraz trzema mapami wyspy, z których żadna się ze sobą nie zgadzała
.
Ostatecznie została ustalona trasa jak następuje :
Podkreślić należy tu jeszcze fakt, że byliśmy mocno ograniczeni rozkładem jazdy autobusów – ostatnia guagua odjeżdżała z San Bartolome o 18tej i z 15 min. później zatrzymywała się w Santa Lucia. No a my – wytrawni traperzy – oczywiście nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że zdążymy…
Mała dygresja
-
Pico de Las Nieves – najwyższy szczyt na Gran Canaria, liczący sobie 1949 m npm. Na samym czubku tego wygasłego wulkanu obecnie znajduje się wojskowa stacja radarowa.
Nazwa w tłumaczeniu to “Śnieżny Szczyt/Czubek” – raz na kilka lat pada tu śnieg
Wzbudza to oczywiście niesamowite emocje w Kanaryjczykach hehehe : jest prasa i telewizja, a ludzie tłumnie zjeżdżają zobaczyć to niecodzienne zjawisko (naprawdę muszę to zobaczyć hihihi) .
Jednak to, po co naprawdę warto się tam wybrać to zachwycające widoki – ze szczytu można zobaczyć czubek wulkanu Teide na Teneryfie, a przy sprzyjającej pogodzie także zarysy Gomery i Fuerteventury.
-
Roque Nublo – “Skała wśród chmur” licząca 1813 m npm, zwieńczona 80-metrowym bazaltowym blokiem jest najsłynniejszym symbolem Gran Canrarii. Skała ta, oraz leżąca nieopodal Roque Bentaiga, uznawane były przez Guanchów za miejsca święte. Hmm… dziś ta świętość jest rajem dla pasjonatów górską wspinaczką - na tym kamyczku znajduje się ok 12 tras wspinaczkowych różnej trudności :-/ .
W sąsiedztwie tej wielkiej, majestatycznie górującej nad resztą krajobrazu skały znajdują się jeszcze dwie formacje skalne: Roque Fraile (Mnich) i Roque Rana (Żaba).
Dotrzeć do monolitu można tylko pieszo – dobrze widoczną skalną ścieżką, z małego parkingu przy drodze Ayacata – Cueva Grande (ok.15 – 30 min). Ze szczytu wzniesienia rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na otaczające, bazaltowe doliny.
Oraz w telegraficznym skrócie:
-
Ayacata – niewielka wioska położona wysoko w górach, większość turystów i odwiedzających najczęściej po prostu ją mija w drodze na Roque Nublo. Słynie z upraw migdałowców, które w okresie kwitnienia przyozdabiają całą okolicę śnieżnobiałym kolorem. Pod koniec lutego jest tutaj organizowane święto migdałowców.
-
San Bartolome de Tirajana – stolica prowincji obejmującej południową część Gran Canarii, położona na wysokości ok. 900 m npm. W zabudowie osady dominuje XVIII wieczny kościółek św. Jakuba. Nie ma rozwiniętej infrastruktury turystycznej, znajdują się tu jedynie skromne kafeterie i niewielki hotelik. W okolicy, położony w dolinie wsród gęstego lasu piniowego, znajduje się malowniczy zalew Presa de Chira.
Sobotnia Wyprawa w Nieznane
Sobota, godz. 7:00 rano, koncert budzików, za oknem całkowita ciemność. Z wielkim trudem zwlekliśmy się z wyrek (niestety tutaj się bardzo ciężko wstaje, chyba głównie przez Słońce, które późno wschodzi – np. o godz.7 ma się uczucie jakby była godz.5 !! ) i zaczęliśmy przygotowania do wyprawy. A więc szybkie śniadanko, wałówka na drogę, mapa, aparat – czyli wszytko co niezbędne
. Zagadką pozostawał jednynie dobór właściwego ubioru – czarno na zewnątrz, jeszcze nocnym chłodkiem powiewa, nijak się zorientować jak będzie ! Poszliśmy więc na kompromis z nieznaną pogodą i my dziewczynki ubrałyśmy się w opalacze, kuse koszulki oraz bluzy (na pospolitą cebulke znaczy się) i oczywiście w najkrótsze spodenki, żeby nie opuścić możliwości opalenia nóg
Mike nie dbał za bardzo o swoją opaleniznę, a dokładniej nie miał za bardzo wyboru z racji braku kusych spodenek
(a i na pewno nie miałby przekonania do takowych hihi ), więc ubrał się nieco “dłużej” hehehe. Tak czy inaczej, Zwarci i Gotowi stawiliśmy się punktualnie o 8mej na przystanku Guaguy Nr 34 i rozpoczęliśmy naszą przygodę..
W San Bartolome wylądowaliśmy o 9tej i na dobry początek rozgościliśmy się w knajpie na porannej kawce
. Pani kelnerka, też chyba jeszcze nieco zaspana, postanowiła zrobić nam prezent i dopłaciła nam do rachunku trochę pieniążka hihihi, także całkiem rozbawieni wkroczyliśmy na naszą Trasę. Hmm.. miny nam trochę zrzedły jak zobaczyliśmy taką wielką, czarną chmurę na górskich szczytach…, no i chłodnawo było troszeczkę… No ale przecież górska pogoda zmienną jest, więc pełni nadziei na choć odrobinę słońca powlekliśmy się pod górkę.
Więc idziemy sobie, piękna asfaltowa droga, od czasu do czasu przejedzie jakiś samochodzik, widoki coraz bardziej zachwycają, nawet cieplej się zrobiło od tego marszu
Idziemy w podskokach, a ja ciągle rozglądam się, gdzie tu będzie zejście na nasz mały skrócik… a nawet gdzieś na początku tej drogi wydało mi się, że trzebaby skręcić, ale towarzysze moi jakoś nie zapałali entuzjazmem do mojego pomysłu. Hmm… Po jakiś 2 km okazało się, że idziemy trasą Okrężną, jaką nam zafundował Mike ! (nie uczestniczył on niestety w ostatecznych ustaleniach i, spojrzawszy na mapkę, wybrał drogę najbardziej oczywistą, a my – będąc jakieś przytłumione /może godzina za wczesna??/, nijak nie zaprotestowałyśmy
). Ale 6,5 km czy 3? Cóż to za różnica? hehehe Po prostu ruszyliśmy szybciej
. Zresztą – jak się później okazało, nie była to jedyna zmiana…
Czyli Cel Nr 1 – Cruz Grande, gdzie już czekała na nas trasa dla włóczęgów
. Kilometry trasy uciekały nam z pod nóg, szło się dobrze, nabieraliśmy tempa, my z Martą gdzieś z przodu, z tyłu Mike szalejący z aparatem fotoraficznym
. Byliśmy coraz wyżej – coraz więcej super widoków, coraz bliżej gór, coraz bliżej chmur… Mijaliśmy nieliczne domki, czasem poczęstowaliśmy się winogronkiem z czyjegoś pola
, podziwialiśmy roślinność, która zmieniała się wraz z wysokością, a przede wszystkim zachwycaliśmy się zielenią. Gdzieś po drodze minęliśmy tablicę: “Roque Nublo 11 km”…
I wszystko byłoby naprawdę super, gdyby nie kolejna niespodzianka. Idziemy tak rozgrzani i weseli, a tu nagle… deszcz zaczyna padać ! A, zapomniałam dodać, że im wyżej tym i chłodniej się robiło. Przypuszczalnie było tak z 10 stopni, bo para nam z buziek leciała hehehe, a my w krótkich gaciach
. Deszczyk okazał się niestety nie być typowym kanaryjskim (zazwyczaj deszcz tu polega na tym, że czasem uda sie kroplom dotrzeć do powierzchni gleby i w większości przypadków trwa tak z 5 minut
– my nie widzieliśmy deszczu przez pół roku prawie, a takiego – to tutaj wcale !), tylko niestety upierdliwym i moczącym. Do tego wiał wiatr, więc było nam troszeczkę niekomfortowo tak sobie iść w przemoczonych ciuchach, z mokrymi nogami i co poniektórzy (tzn. Ja
) z wodą w adidkach
.
I tak zapięci po uszy (znaczy tyle ile się dało) i uchylając się przed deszczem brnęliśmy dalej marząc o ciepłej herbatce w “barze, który na pewno będzie w Cruz Grande”, a brakowało nam do tego miejsca zaledwie kilku zakrętów. Po drodze minęliśmy odgałęzienie naszej drogi, oznaczone na kierunkowskazie nazwą, która niewiele nam powiedziała (oczywiście później okazała się ona drogą na Pico !).
Cruz Grande okazało się być właściwie punktem widokowym, skrzyżowaniem tras pieszej wędrówki. Oczywiście Wielkiego Krzyża, którego każdy normalny człowiek by się spodziewał biorąc pod uwagę nazwę miejsca, nigdzie nie było.
Szybko rozejrzeliśmy się dokoła, a nie widząc nigdzie strzałki “Pico de las Nieves”, poszliśmy dalej, bo już z oddali kusiły nas małe, białe domki, które sugerowały Gorącą Herbatkę. Niestety okazały się one zabitą dechami wiochą (La Plata), w której chyba nawet nie słyszano o instytucji Baru.
Troszkę nas to podłamało, ale twardym trzeba być, nie miętkim ! Nie chciało już nam się wracać (tu zakumaliśmy, gdzie minęliśmy nasz skrót na Pico), a deszcz tylko sobie sporadycznie popadywał to tu, to tam, więc zdecydowaliśmy się kolejny raz nadłożyć drogi i przejść kolejne 4-5 km do Ayacaty (na herbatkę oczywiście) oraz zmieniliśmy Cel podróży na .. Roque Nublo
.
Dla uściślenia – nasza droga z San Bartolome do Ayacata to jakieś 13 km
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i ruszyliśmy tyłki w dalszą drogę. Zimno nam było, bo wiatr cały czas wiał i przyklejał te mokre ciuchy do gołych rąk, pomarzły nam kolana, a przede wszystkim dłonie. My z Martą w desperacji machałyśmy na każdy przejeżdżający samochód, coby nas może łaskawie podrzucił do tej mieściny. W Polsce to się sprawdza, a już w szczególności jak machają dziewczynki tak kuso ubrane, ale tu kanaryjczycy pozostali niewzruszeni. A może po prostu pomyśleli po kanaryjsku: “hmm.. Idą lewą stroną drogi.. hmm.. hmm.. w sumie idą naprzód, ale skoro machają z przeciwnej strony?? – tu przerwa na chwilę skomplikowanego myślenia … i wreszcie .. – Yeah ! Na pewno chcą pojechać w przeciwnym kierunku !! No to my się zatrzymać nie możemy, bo my to do Ayacata zmierzamy.. Sorki dziewczynki, papaaaaaa “. Hehehe to taki tok myślenia przeciętnego kanaryjskiego mózgu zużytego nadmiernym korzystaniem z zasobów kokainy
.
Dobra, ale nie o tym być miało hihihi. Tak po jakichś 3 km natknęliśmy się w końcu na przydrożny Bar, gdzie zatrzymaliśmy się na herbatkę oraz wysuszyliśmy trochę nasze bluzy przy kominku !WOW! i tak wysuszeni i ogrzani, znowu w lepszych nastrojach pobrnęliśmy dalej. Po drodze zatrzymały nas… drzewka migdałowe tuż pod Ayacata ! No po prostu nie mogłyśmy się powstrzymać, żeby nie pozrywać sobie migdałków (z cudzych drzewek oczywiście). W końcu to droga rzecz u nas (znaczy w Polsce) /mina niewiniątka/. Niestety dalej zaczęły się poważniejsze zabudowania, no i ludzie jacyś też się pojawili, więc musiałyśmy odpuścić sobie grabież na kolejnych migdałowcach
.
Znaleźliśmy odpowiedni drogowskaz, odpowiednie odgałęzienie drogi i poleźliśmy. Nadal asfaltowa droga i do tego nachylona pod jakimś dziwnym kątem. Po kilku metrach, nasza ciekawka Marta wypatrzyła znak Roque Nublo… wewnątrz jakiegoś gospodarstwa ! Ot – kanaryjskie szlaki
Niewiele myśląc właśnie tam się skierowaliśmy.
Wybór okazał się być dobrym pomysłem. Ścieżka była wąska, kamienista, ale urozmaicona. Okoliczne krzaki smagały nas po nogach mokrymi gałązkami i liśćmi, ale nie przeszkadzało nam to w wędrówce. Problemem był tylko czasem wybór kierunku na rozgałęzieniach dróg, a i na azymut kierować się za bardzo nie dało, gdyż nasz Cel nadal tkwił w może już nie tak czarnych, ale wielkich i gęstych chmurach. Oczywiście po drodze nie zabrakło obficie obsypanych migdałkami drzewek…
Szliśmy więc jak nam się najbardziej podobało, aż zabrnęliśmy pod skałki. Ścieżka wyglądała zachęcająco, no i pięła się w górę w dobrym wg nas kierunku, toteż niewiele myśląc skierowaliśmy się właśnie na nią. Pech chciał, że była ona po pierwsze dosyć stroma, po drugie – gliniasta i nasiąknięta deszczową wilgocią i ze względu na to – po prostu śliska, o czym jako pierwsza przekonała się Marta zaliczając przepiękny zjazd stylem klasycznym
Cóż, potem okazało się, że cała ta błotna kąpiel i ciężka wspinaczka pod górę była niepotrzebna, bowiem ścieżynka prowadziła prosto …w skałę (też taki kanaryjski żarcik
).
Poszliśmy w innym kierunku. Tym razem ja prowadziłam. Czasem było łatwo, a czasem trzeba było poskakać po kamulcach. Jeden był taki, że miałam nadzieję, że nie będę musiała drugi raz się z nim spotykać… Coś nas chyba prześladowało tego dnia, bo już za chwilę doszliśmy do “ślepej ścieżki”, tzn ona się dalej ciągnęła, tylko była całkiem zarośnięta drzewkami, przez które niestety nie dało się przejść
. No więc trzeba było zawrócić.. i znowu skakać przez tego przeklętego kamula, grr… Po drodze mieliśmy takie ładnie prezentujące się skałki (widoki w dół były naprawdę fantastyczne ! ) i sądząc że możemy nie dotrzeć do Celu, napstrykaliśmy sobie tam fotek, ażeby potem móc się chwalić, że wleźliśmy na to Roque
Na szczęście wracając po własnych śladach trafiliśmy na zagubioną dróżkę i już bez przeszkód wykaraskaliśmy się na asfaltówkę. Także pierwsza część została za nami. Teraz tylko znaleźć, w którym miejscu jest kolejny fragment szlaku…
Jako pierwszy pojawił się naszym oczom znak na “La Golota”. Wg naszej mapy nie było to raczej do końca nam po drodze, ale stwierdziliśmy, że te mapy wszystkie i tak są do kitu, a jakby co to zawsze dojdziemy na jakiś szczyt. W sumie co za różnica na jaki?
No i to też była dobra decyzja. Ścieżka była równie urozmaicona jak poprzednia, może bardziej leśna, a mniej krzaczasta. No i było dużo SZYSZEK, na które z Martą się rzuciłyśmy. I już po chwili targałyśmy po reklamówce ogromnych (że jeszcze dodam: ciężkich !), kanaryjskich szyszuniek
.
Szlak doprowadził nas do maleńkiego parkingu (przy drodze Ayacata – Cueva Grande) i drogowskazu “Roque Nublo 30 min”. I tu pojawił się problem: Iść czy nie iść?… A mianowicie – zaczęło nam brakować czasu. Dotarliśmy tam ok. godziny 14:30, ostatni autobus, chyba z San Bartolome odjeżdzał o 16tej (sama już nie wiem, to chyba z 16 km? 18? w każdym razie jak na nasze dyspozycje czasowe stanowczo za dużo). Niestety ciężko było się zorientować na tym kanaryjskim, książkowym rozkładzie jazdy, także przyjęliśmy sobie, że ten bus to będzie o 16tej w Ayacata
. Tak czy siak i tak daleko do przejścia by było. Mike był przeciwny. W sumie żadnemu z nas nie uśmiechało się iść całkiem na piechotę do domku… No ale być tak blisko i nie wleźć??
W sumie zwyciężyła nasza ciekawość i nieodparta chęć zdobycia tego szczytu. Postanowiliśmy tylko się pospieszyć nieco i w masakrycznym tempie pognaliśmy skalną ścieżką do tego słynnego kamula. Po drodze zostawiłyśmy nasze szyszki, w końcu i tak mieliśmy tędy wracać, więc po co je dźwigać? I tak było ciężko… Zadyszka na maxa, kondycja jednym słowem do tyłka. A może po prostu cały dzień wędrówki już dawał się nam we znaki hehehe.
Niesamowicie się szło tą skalną ścieżką – z jednej strony skała, z drugiej przepaść, wysokość już blisko 1700 m. W dole nie widać nic, bo pomiędzy dnem a nami wisi chmura i mgła. Strasznie nieswojo. Mi, jako osobie korzystającej z pomocy patrzałek, cały czas się wydawało jakbym bez okularów szła i widziała wszystko tak niewyraźnie. A najgorzej było jak sobie uświadomiłam, że ja cały czas idę w moich cynglach ! Razem z Martą “przytulałyśmy” się do wewnętrznych części szlaku… Naprawdę – wrażenie T o t a l n i e N i e s a m o w i t e !
W końcu gdzieś w górze, w gęstej mgle, dostrzegliśmy zarys jakiegoś sterczącego pipsztycla. A więc w końcu ! Jest ! Roque Nublo !
Niewiele myśląc pobieżaliśmy do niego najbliżdzym skrótem, tzn. na przełaj pod górkę (znowu po śliskim, gliniastym i trawiastym). Podpierając się rękami i włażąc niemalże na kolanach doczłapaliśmy się do tej kamiennego Dzieła Natury. Nawet się zastanawialiśmy czy oby na pewno to jest to, no ale w końcu ile sterczących pipsztycli, do tego sławnych z powodu swej oryginalności, może być dookoła? Logika podpowiadała że Jeden…
Niestety nic na tej wyspie logiczne nie jest …
Tak że: szybka sesja zdjęciowa przy kamiennym gigancie, choć nawet ciężko było stwierdzić, czy to naprawdę gigant jest. Mgła była taka że stojąc przy nim nie można go było w całości dostrzec. Widoczność – tak na 10 m, albo gorsza. No ale udało się, ustaliliśmy że osiągnęliśmy nasz Cel i w trybie expresowym skierowaliśmy się w dół – oczywiście śliskim skrócikiem. Żeby było szybciej postanowiłam zaliczyć zjazd na tyłku, z czego niesamowicie ubawili się mijający nas młodzi ludzie (ależ to zabrzmiało hehehe). Nie da się ukryć, że idąc przed nami strasznie nas hamowali, bo ścieżka wąska a oni parami i niespiesznie (pewnie, co mieli się spieszyć? Na parkingu zaraz obok mieli samochodzik!). Po drodze zainteresowały ich nasze porzucone siatki z szyszeczkami, ale dzielnie ich wybroniłyśmy hihihi.
Dotarliśmy na parking, skąd skierowaliśmy się na szlak, którym przyszliśmy. Oczywiście jak to w dół, szło się szybciej, choć trzeba było też uważać, ze względu na to, że było ślisko. Zeszliśmy na asfaltówkę i tu spotkała nas miła niespodzianka. Otóż akurat przejeżdżało dwoje z tamtych ludzi i zaoferowało się nas podrzucić
. I w sumie Całe Szczęście !!!
Podrzucili nas do San Bartolome – byliśmy tam ok 16tej. I okazało się, że za nic w świecie nie zdążylibyśmy na ten bus co chcieliśmy go w Ayacata złapać ! Za to teraz pozostało nam 2 godzinki oczekiwania na guaguę do domciu. Trochę mieliśmy już dość, byliśmy zmęczeni, już prawie wyschnięci, ale nie było najcieplej. W zasadzie to było całkiem chłodno.
Poszliśmy na kawę, a potem na taki krótki spacer po wiosce. Ostatnim szalonym pomysłem było obranie kierunku na Mirador (punkt widokowy), ale szybko nam się odechciało, jak zobaczyliśmy nachylenie tej drogi, która na niego prowadziła. No a poza tym… hm.. no cóż – w zasięgu naszego wzroku znowu pojawiły się… drzewka migdałowe !! No i tu praktycznie spędziliśmy resztę “wolnego czasu”, głównie na ograbianiu drzewek
Postanowiliśmy również wypróbować owe dary natury. Hmm.. ciekawe czy któreś z nas odważyło się kolejny raz na próbę zjedzenia Kanaryjskiego Migdałka? One były tak gorzkie, a najgorszy był ich posmak – taki jak aromatyczny olejek migdałowy .. Bleeee…
No i poniekąd tak właśnie zakończyła się nasza wyprawa – o 18tej wsiedliśmy w Guaguę i podryfowaliśmy do domku.
Nie był to jednak koniec atrakcji, bowiem już przed Agüimes trafiliśmy pierw na zasypaną spływającymi z gór (niesionych wodą) kamyczkami ulicę, a zaraz potem – na najprawdziwszą powódź! Ale o tym w następnym odcinku
The End
Na koniec małe sprostowanie.
Po powrocie do domu pewna myśl nie dawała nam spokoju, więc postanowiliśmy ją wyjaśnić. No i niestety, to gdzie dotarliśmy okazało się nie być naszym upragnionym Roque Nublo, ale jego “towarzyszem” Roque Fraile ! A wszystko przez tą cholerną mgłę ! Bo przy lepszej widoczności raczej nie dałoby się ominąć naszego Celu, a tak, to nawet dobrze nie widzieliśmy pod czym stoimy. Pocieszający jest natomiast fakt, że byliśmy na tej samej górze; wkurza zaś – że byliśmy Tak Bliziutko !
Nic to – pójdziemy raz jeszcze
I tym oto akcentem zakończę tą opowieść. Marta, Mike, jak o czymś zapomniałam to dajcie znać
A teraz mówię wszystkim “Dobranoc” i idę w końcu spać, bo już 2ga na zegarze