W końcu o powodzi…

…Wracaliśmy z naszej podróży w głąb wyspy, z wyprawy na Pico de las Nieves, która jak wiadomo zakończyła się jednak na innym wzniesieniu. Zmęczeni, głodni i z lekka zmarźnięci wsiedliśmy do Guaguy z San Bartolome i odliczaliśmy czas (godzinkę) do gorącej kąpieli, gorącej herbatki, suchych ciuchów.

Jednak był to dzień pełen zaskakujących wydarzeń, więc nie mogło obyć się bez czegoś niespodziewanego i w tym ostatnim etapie drogi do domku…

Wyjechaliśmy już z Agüimes – jeszcze tam jedzie się serpentynkami, krętymi uliczkami, mając z jednej strony strome góry, a z drugiej, może nie tak głębokie, ale jednak przepaści.

Pierwsza znakiem, że coś jest nie tak było chwilowe spowolnienie ruchu na drodze – jak się okazało wywołane tym, że droga była w kilku miejscach zasypana, spływającymi z gór wraz z deszczowymi potoczkami, kamieniami.
Było to ciekawe zjawisko – wywołało komentarze i zasłużone zaciekawienie podróżnych.

A jednak było niczym w porównaniu z tym, co mieliśmy zobaczyć chwilę potem.

Chwilę później wjechaliśmy w najprawdziwszą powódź: zalane ulice, zalane ronda, płynące potoki deszczowej wody wymieszanej z pyłem (zapewne pozostałym z kalimy), samochody stojące po koła/okna w tej “wodzie”, zalane posiadłości, biegający ludzie, strażacy, otwarte kanalizacje, które na prędko miały zmniejszyć poziom wody, objazdy…

A wśród tego, patrząc sobie obojętnie na ludzką panikę, spokojnie i niewzruszenie, wciąż padał sobie wcale nie malusi deszczyk…

Kilka kilometrów dalej życie biegło swoim rytmem – deszczyk popadywał wesoło, trwały kanaryjsie fiesty, nikt nie zdawał sobie sprawy, że kawałek dalej ludzie walczą z żywiołem…

Na szczęście kanaryjczycy potrafią dobrze się zorganizować kiedy trzeba, tak że do następnego dnia woda została skierowana do przeznaczonych dla niej koryt i ulice stały się znowu przejezdne etc.

Pozostał jedynie wszędzie zalegający brązowy osad…

U nas w Polsce co roku mamy powodzie.
Oczywiście można się przed nimi ustrzec. Ale po co opierać się na corocznych doświadczeniach i wyciągać wnioski, skoro można pieniądze na to spożytkować np na zmianę nazwy placu?? To jak zwykle taka mała dygresja :-)

Generalnie chodzi mi o to, że co roku media nas informują o takim zjawisku, ale oglądane na szklanym ekranie nie robi żadnego wrażenia. Owszem szkoda i żal tych i tego co ucierpiało, ale tak naprawdę spływa po nas…

Wrażenie robi się dopiero jak ogląda się to na własne oczy…

A tu dwa linki do zdjęć z tej powodzi, nie wiem ile czasu będą działać, ale na razie są jeszcze aktualne. Jak ktoś chce to zapraszam:
Galeria 1
Galeria 2

Opublikowane w: on listopad 30, 2006 at 1:55 am Komentarze (7)

Kanaryjskie Śmietniki

Tak, miało być o powodzi, ale to może jeszcze zaczekać.

Otóż historia śmietników bardzo dobrze charakteryzuje tutejszych ludzi i ich podejście do właściwie wszystkiego.

To może na początek fragment Planu Sytuacyjnego:
Nasze mieszkanie (dla przypomnienia – w kamienicy nad rybnym :) ) znajduje się pomiędzy centrum handlowym La Ciel (z lewej), a Carrefourem (z prawej). Na przeciwko naszego tarasu, czyli po przeciwnej stronie ulicy jest market Hiperdino.

Śmietniki generalnie są zawsze Gdzieś koło Hiperdino – tam wyrzucamy nasze odpadki :)

Więc:
Kiedyśmy się tu wprowadzali śmietniki znajdowały się na frontowej stronie budynku Hiperdino.
Śmietniki niczego sobie – nawet fajnie pomyślane: na zewnątrz wystają walcowate, metalowe kubły z przykryciem, które służą w dużej większości (czyli do momentu wypełnienia się po brzegi nieczystościami) jako wlot do zbiorników śmieciowych umieszczonych pod nimi.

Wszystko byłoby dobrze, ale nasi tutejsi mieszkańcy, a raczej na pewno jakiś lokalny zarząd gminy postanowił to wszytko zmienić.

Zaczęło się od rozwalania chodniczka…

Hukom i stukom nie było końca…

Któregoś pięknego dnia, jak zawsze idę sobie ze śmieciami – a tu niespodzianka! Nie ma śmietników !!
Rozglądam się, no tak – wywalili moje ulubione walcusie, za to postawili kilka takich malych, plastikowych śmierdziuchów.
Nic to – skorzystałam z nich.

Ale na tym nie koniec !!

Jakieś dwa tygodnie później idę z pakunkami i … staję jak wryta ! Gdzie się znowu podziały śmietniki ??

Już chciałam zostawić moje śmiecie na środku ulicy, kiedy dostrzegłam, że przestawili je kilka metrów dalej… Uff…
Dodatkowo naprzeciwko prostopadłej ściany budynku Hiperdino przygotowano podstawę pod śmietniki walcowate.

No – to było jakieś 2 miesiące temu…

Przyzwyczailiśmy się do aktualnego miejsca składania nieczystości, zapomnieliśmy o innych możliwościach.

Dziś wychodzimy ze śmieciami, jak zawsze , tam gdzie zawsze … No taaaaaak ! Znowu śmietników nie ma tam gdzie były !!
Tym razem uruchomili te walcowate… :)

No i powiedzcie, czy oni są normalni ?
Przecież tu można zwariować !!

Ciekawe gdzie śmietniki będą jutro ?? :-)

Opublikowane w: on listopad 20, 2006 at 6:31 pm Komentarze (9)

Pico de Las Nieves ? Roque Nublo ? … a może całkiem gdzie indziej?

I w końcu nadeszła pora na chyba jak dotąd najdłuższą z naszych pieszych wycieczek – do samego środka wyspy i oczywiście na najwyższy szczyt (bo przecież nie będziemy się rozdrabniać :) ).

Na dzień wyprawy wybraliśmy sobotę i to od samego ranka, tak więc już w piątkowy wieczór zabraliśmy się za dopracowywanie szczegółów. Nie było to najprostsze, bowiem dysponowaliśmy: przewodnikiem Marco Polo oraz trzema mapami wyspy, z których żadna się ze sobą nie zgadzała :-) .

Ostatecznie została ustalona trasa jak następuje :

  • Droga w tamtą: poranna Guagua (Nr 34 jakby ktoś chciał się wybrać naszym śladem :) ) do San Bartolome de Tirajana, a z tamtąd z buta wszelkimi możliwymi skrótami: pierw Cruz Grande (ok.3 km), potem Degollada de Los Gatos (ok. 4,5 km) i ostatnim rzutem (ok. 3 km) – na sam szczyt Pico de Las Nieves :-) .
    Łącznie droga: ok. 10 km w jedną stronę, wysokościowo: 1000 m w górę :) .

  • Droga powrotna: ze 2 km skrótem do drogi GC130 (z Cruz de Tejeda do Telde), dalej tą właśnie drogą ok. 2 km w kierunku “do oceanu” aż do skrótu na Santa Lucia i z Santa Lucia, czyli po jakiś 8 km, Guaguą do domciu.
    Łącznie droga: ok. 12 – 13 km, teoretycznie w dół :)

Podkreślić należy tu jeszcze fakt, że byliśmy mocno ograniczeni rozkładem jazdy autobusów – ostatnia guagua odjeżdżała z San Bartolome o 18tej i z 15 min. później zatrzymywała się w Santa Lucia. No a my – wytrawni traperzy – oczywiście nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że zdążymy…

Mała dygresja

  • Pico de Las Nieves – najwyższy szczyt na Gran Canaria, liczący sobie 1949 m npm. Na samym czubku tego wygasłego wulkanu obecnie znajduje się wojskowa stacja radarowa.
    Nazwa w tłumaczeniu to “Śnieżny Szczyt/Czubek” – raz na kilka lat pada tu śnieg :-) Wzbudza to oczywiście niesamowite emocje w Kanaryjczykach hehehe : jest prasa i telewizja, a ludzie tłumnie zjeżdżają zobaczyć to niecodzienne zjawisko (naprawdę muszę to zobaczyć hihihi) .
    Jednak to, po co naprawdę warto się tam wybrać to zachwycające widoki – ze szczytu można zobaczyć czubek wulkanu Teide na Teneryfie, a przy sprzyjającej pogodzie także zarysy Gomery i Fuerteventury.

  • Roque Nublo – “Skała wśród chmur” licząca 1813 m npm, zwieńczona 80-metrowym bazaltowym blokiem jest najsłynniejszym symbolem Gran Canrarii. Skała ta, oraz leżąca nieopodal Roque Bentaiga, uznawane były przez Guanchów za miejsca święte. Hmm… dziś ta świętość jest rajem dla pasjonatów górską wspinaczką - na tym kamyczku znajduje się ok 12 tras wspinaczkowych różnej trudności :-/ .
    W sąsiedztwie tej wielkiej, majestatycznie górującej nad resztą krajobrazu skały znajdują się jeszcze dwie formacje skalne: Roque Fraile (Mnich) i Roque Rana (Żaba).
    Dotrzeć do monolitu można tylko pieszo – dobrze widoczną skalną ścieżką, z małego parkingu przy drodze Ayacata – Cueva Grande (ok.15 – 30 min). Ze szczytu wzniesienia rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na otaczające, bazaltowe doliny.

Oraz w telegraficznym skrócie:

  • Ayacata – niewielka wioska położona wysoko w górach, większość turystów i odwiedzających najczęściej po prostu ją mija w drodze na Roque Nublo. Słynie z upraw migdałowców, które w okresie kwitnienia przyozdabiają całą okolicę śnieżnobiałym kolorem. Pod koniec lutego jest tutaj organizowane święto migdałowców.

  • San Bartolome de Tirajana – stolica prowincji obejmującej południową część Gran Canarii, położona na wysokości ok. 900 m npm. W zabudowie osady dominuje XVIII wieczny kościółek św. Jakuba. Nie ma rozwiniętej infrastruktury turystycznej, znajdują się tu jedynie skromne kafeterie i niewielki hotelik. W okolicy, położony w dolinie wsród gęstego lasu piniowego, znajduje się malowniczy zalew Presa de Chira.

Sobotnia Wyprawa w Nieznane :-)

Sobota, godz. 7:00 rano, koncert budzików, za oknem całkowita ciemność. Z wielkim trudem zwlekliśmy się z wyrek (niestety tutaj się bardzo ciężko wstaje, chyba głównie przez Słońce, które późno wschodzi – np. o godz.7 ma się uczucie jakby była godz.5 !! ) i zaczęliśmy przygotowania do wyprawy. A więc szybkie śniadanko, wałówka na drogę, mapa, aparat – czyli wszytko co niezbędne :-) . Zagadką pozostawał jednynie dobór właściwego ubioru – czarno na zewnątrz, jeszcze nocnym chłodkiem powiewa, nijak się zorientować jak będzie ! Poszliśmy więc na kompromis z nieznaną pogodą i my dziewczynki ubrałyśmy się w opalacze, kuse koszulki oraz bluzy (na pospolitą cebulke znaczy się) i oczywiście w najkrótsze spodenki, żeby nie opuścić możliwości opalenia nóg :-) Mike nie dbał za bardzo o swoją opaleniznę, a dokładniej nie miał za bardzo wyboru z racji braku kusych spodenek :-) (a i na pewno nie miałby przekonania do takowych hihi ), więc ubrał się nieco “dłużej” hehehe. Tak czy inaczej, Zwarci i Gotowi stawiliśmy się punktualnie o 8mej na przystanku Guaguy Nr 34 i rozpoczęliśmy naszą przygodę..

W San Bartolome wylądowaliśmy o 9tej i na dobry początek rozgościliśmy się w knajpie na porannej kawce :) . Pani kelnerka, też chyba jeszcze nieco zaspana, postanowiła zrobić nam prezent i dopłaciła nam do rachunku trochę pieniążka hihihi, także całkiem rozbawieni wkroczyliśmy na naszą Trasę. Hmm.. miny nam trochę zrzedły jak zobaczyliśmy taką wielką, czarną chmurę na górskich szczytach…, no i chłodnawo było troszeczkę… No ale przecież górska pogoda zmienną jest, więc pełni nadziei na choć odrobinę słońca powlekliśmy się pod górkę.

Więc idziemy sobie, piękna asfaltowa droga, od czasu do czasu przejedzie jakiś samochodzik, widoki coraz bardziej zachwycają, nawet cieplej się zrobiło od tego marszu :) Idziemy w podskokach, a ja ciągle rozglądam się, gdzie tu będzie zejście na nasz mały skrócik… a nawet gdzieś na początku tej drogi wydało mi się, że trzebaby skręcić, ale towarzysze moi jakoś nie zapałali entuzjazmem do mojego pomysłu. Hmm… Po jakiś 2 km okazało się, że idziemy trasą Okrężną, jaką nam zafundował Mike ! (nie uczestniczył on niestety w ostatecznych ustaleniach i, spojrzawszy na mapkę, wybrał drogę najbardziej oczywistą, a my – będąc jakieś przytłumione /może godzina za wczesna??/, nijak nie zaprotestowałyśmy :) ). Ale 6,5 km czy 3? Cóż to za różnica? hehehe Po prostu ruszyliśmy szybciej :) . Zresztą – jak się później okazało, nie była to jedyna zmiana…

Czyli Cel Nr 1 – Cruz Grande, gdzie już czekała na nas trasa dla włóczęgów :) . Kilometry trasy uciekały nam z pod nóg, szło się dobrze, nabieraliśmy tempa, my z Martą gdzieś z przodu, z tyłu Mike szalejący z aparatem fotoraficznym :) . Byliśmy coraz wyżej – coraz więcej super widoków, coraz bliżej gór, coraz bliżej chmur… Mijaliśmy nieliczne domki, czasem poczęstowaliśmy się winogronkiem z czyjegoś pola ;-) , podziwialiśmy roślinność, która zmieniała się wraz z wysokością, a przede wszystkim zachwycaliśmy się zielenią. Gdzieś po drodze minęliśmy tablicę: “Roque Nublo 11 km”…

I wszystko byłoby naprawdę super, gdyby nie kolejna niespodzianka. Idziemy tak rozgrzani i weseli, a tu nagle… deszcz zaczyna padać ! A, zapomniałam dodać, że im wyżej tym i chłodniej się robiło. Przypuszczalnie było tak z 10 stopni, bo para nam z buziek leciała hehehe, a my w krótkich gaciach :-) . Deszczyk okazał się niestety nie być typowym kanaryjskim (zazwyczaj deszcz tu polega na tym, że czasem uda sie kroplom dotrzeć do powierzchni gleby i w większości przypadków trwa tak z 5 minut :-) – my nie widzieliśmy deszczu przez pół roku prawie, a takiego – to tutaj wcale !), tylko niestety upierdliwym i moczącym. Do tego wiał wiatr, więc było nam troszeczkę niekomfortowo tak sobie iść w przemoczonych ciuchach, z mokrymi nogami i co poniektórzy (tzn. Ja :) ) z wodą w adidkach :-) .

I tak zapięci po uszy (znaczy tyle ile się dało) i uchylając się przed deszczem brnęliśmy dalej marząc o ciepłej herbatce w “barze, który na pewno będzie w Cruz Grande”, a brakowało nam do tego miejsca zaledwie kilku zakrętów. Po drodze minęliśmy odgałęzienie naszej drogi, oznaczone na kierunkowskazie nazwą, która niewiele nam powiedziała (oczywiście później okazała się ona drogą na Pico !).
Cruz Grande okazało się być właściwie punktem widokowym, skrzyżowaniem tras pieszej wędrówki. Oczywiście Wielkiego Krzyża, którego każdy normalny człowiek by się spodziewał biorąc pod uwagę nazwę miejsca, nigdzie nie było.

Szybko rozejrzeliśmy się dokoła, a nie widząc nigdzie strzałki “Pico de las Nieves”, poszliśmy dalej, bo już z oddali kusiły nas małe, białe domki, które sugerowały Gorącą Herbatkę. Niestety okazały się one zabitą dechami wiochą (La Plata), w której chyba nawet nie słyszano o instytucji Baru.
Troszkę nas to podłamało, ale twardym trzeba być, nie miętkim ! Nie chciało już nam się wracać (tu zakumaliśmy, gdzie minęliśmy nasz skrót na Pico), a deszcz tylko sobie sporadycznie popadywał to tu, to tam, więc zdecydowaliśmy się kolejny raz nadłożyć drogi i przejść kolejne 4-5 km do Ayacaty (na herbatkę oczywiście) oraz zmieniliśmy Cel podróży na .. Roque Nublo :-) .
Dla uściślenia – nasza droga z San Bartolome do Ayacata to jakieś 13 km :-)

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i ruszyliśmy tyłki w dalszą drogę. Zimno nam było, bo wiatr cały czas wiał i przyklejał te mokre ciuchy do gołych rąk, pomarzły nam kolana, a przede wszystkim dłonie. My z Martą w desperacji machałyśmy na każdy przejeżdżający samochód, coby nas może łaskawie podrzucił do tej mieściny. W Polsce to się sprawdza, a już w szczególności jak machają dziewczynki tak kuso ubrane, ale tu kanaryjczycy pozostali niewzruszeni. A może po prostu pomyśleli po kanaryjsku: “hmm.. Idą lewą stroną drogi.. hmm.. hmm.. w sumie idą naprzód, ale skoro machają z przeciwnej strony?? – tu przerwa na chwilę skomplikowanego myślenia … i wreszcie .. – Yeah ! Na pewno chcą pojechać w przeciwnym kierunku !! No to my się zatrzymać nie możemy, bo my to do Ayacata zmierzamy.. Sorki dziewczynki, papaaaaaa “. Hehehe to taki tok myślenia przeciętnego kanaryjskiego mózgu zużytego nadmiernym korzystaniem z zasobów kokainy :-) .

Dobra, ale nie o tym być miało hihihi. Tak po jakichś 3 km natknęliśmy się w końcu na przydrożny Bar, gdzie zatrzymaliśmy się na herbatkę oraz wysuszyliśmy trochę nasze bluzy przy kominku !WOW! i tak wysuszeni i ogrzani, znowu w lepszych nastrojach pobrnęliśmy dalej. Po drodze zatrzymały nas… drzewka migdałowe tuż pod Ayacata ! No po prostu nie mogłyśmy się powstrzymać, żeby nie pozrywać sobie migdałków (z cudzych drzewek oczywiście). W końcu to droga rzecz u nas (znaczy w Polsce) /mina niewiniątka/. Niestety dalej zaczęły się poważniejsze zabudowania, no i ludzie jacyś też się pojawili, więc musiałyśmy odpuścić sobie grabież na kolejnych migdałowcach :-) .

Znaleźliśmy odpowiedni drogowskaz, odpowiednie odgałęzienie drogi i poleźliśmy. Nadal asfaltowa droga i do tego nachylona pod jakimś dziwnym kątem. Po kilku metrach, nasza ciekawka Marta wypatrzyła znak Roque Nublo… wewnątrz jakiegoś gospodarstwa ! Ot – kanaryjskie szlaki :-) Niewiele myśląc właśnie tam się skierowaliśmy.

Wybór okazał się być dobrym pomysłem. Ścieżka była wąska, kamienista, ale urozmaicona. Okoliczne krzaki smagały nas po nogach mokrymi gałązkami i liśćmi, ale nie przeszkadzało nam to w wędrówce. Problemem był tylko czasem wybór kierunku na rozgałęzieniach dróg, a i na azymut kierować się za bardzo nie dało, gdyż nasz Cel nadal tkwił w może już nie tak czarnych, ale wielkich i gęstych chmurach. Oczywiście po drodze nie zabrakło obficie obsypanych migdałkami drzewek…

Szliśmy więc jak nam się najbardziej podobało, aż zabrnęliśmy pod skałki. Ścieżka wyglądała zachęcająco, no i pięła się w górę w dobrym wg nas kierunku, toteż niewiele myśląc skierowaliśmy się właśnie na nią. Pech chciał, że była ona po pierwsze dosyć stroma, po drugie – gliniasta i nasiąknięta deszczową wilgocią i ze względu na to – po prostu śliska, o czym jako pierwsza przekonała się Marta zaliczając przepiękny zjazd stylem klasycznym :) Cóż, potem okazało się, że cała ta błotna kąpiel i ciężka wspinaczka pod górę była niepotrzebna, bowiem ścieżynka prowadziła prosto …w skałę (też taki kanaryjski żarcik :-) ).

Poszliśmy w innym kierunku. Tym razem ja prowadziłam. Czasem było łatwo, a czasem trzeba było poskakać po kamulcach. Jeden był taki, że miałam nadzieję, że nie będę musiała drugi raz się z nim spotykać… Coś nas chyba prześladowało tego dnia, bo już za chwilę doszliśmy do “ślepej ścieżki”, tzn ona się dalej ciągnęła, tylko była całkiem zarośnięta drzewkami, przez które niestety nie dało się przejść :( . No więc trzeba było zawrócić.. i znowu skakać przez tego przeklętego kamula, grr… Po drodze mieliśmy takie ładnie prezentujące się skałki (widoki w dół były naprawdę fantastyczne ! ) i sądząc że możemy nie dotrzeć do Celu, napstrykaliśmy sobie tam fotek, ażeby potem móc się chwalić, że wleźliśmy na to Roque :)

Na szczęście wracając po własnych śladach trafiliśmy na zagubioną dróżkę i już bez przeszkód wykaraskaliśmy się na asfaltówkę. Także pierwsza część została za nami. Teraz tylko znaleźć, w którym miejscu jest kolejny fragment szlaku…

Jako pierwszy pojawił się naszym oczom znak na “La Golota”. Wg naszej mapy nie było to raczej do końca nam po drodze, ale stwierdziliśmy, że te mapy wszystkie i tak są do kitu, a jakby co to zawsze dojdziemy na jakiś szczyt. W sumie co za różnica na jaki?

No i to też była dobra decyzja. Ścieżka była równie urozmaicona jak poprzednia, może bardziej leśna, a mniej krzaczasta. No i było dużo SZYSZEK, na które z Martą się rzuciłyśmy. I już po chwili targałyśmy po reklamówce ogromnych (że jeszcze dodam: ciężkich !), kanaryjskich szyszuniek :-) .

Szlak doprowadził nas do maleńkiego parkingu (przy drodze Ayacata – Cueva Grande) i drogowskazu “Roque Nublo 30 min”. I tu pojawił się problem: Iść czy nie iść?… A mianowicie – zaczęło nam brakować czasu. Dotarliśmy tam ok. godziny 14:30, ostatni autobus, chyba z San Bartolome odjeżdzał o 16tej (sama już nie wiem, to chyba z 16 km? 18? w każdym razie jak na nasze dyspozycje czasowe stanowczo za dużo). Niestety ciężko było się zorientować na tym kanaryjskim, książkowym rozkładzie jazdy, także przyjęliśmy sobie, że ten bus to będzie o 16tej w Ayacata :) . Tak czy siak i tak daleko do przejścia by było. Mike był przeciwny. W sumie żadnemu z nas nie uśmiechało się iść całkiem na piechotę do domku… No ale być tak blisko i nie wleźć??

W sumie zwyciężyła nasza ciekawość i nieodparta chęć zdobycia tego szczytu. Postanowiliśmy tylko się pospieszyć nieco i w masakrycznym tempie pognaliśmy skalną ścieżką do tego słynnego kamula. Po drodze zostawiłyśmy nasze szyszki, w końcu i tak mieliśmy tędy wracać, więc po co je dźwigać? I tak było ciężko… Zadyszka na maxa, kondycja jednym słowem do tyłka. A może po prostu cały dzień wędrówki już dawał się nam we znaki hehehe.

Niesamowicie się szło tą skalną ścieżką – z jednej strony skała, z drugiej przepaść, wysokość już blisko 1700 m. W dole nie widać nic, bo pomiędzy dnem a nami wisi chmura i mgła. Strasznie nieswojo. Mi, jako osobie korzystającej z pomocy patrzałek, cały czas się wydawało jakbym bez okularów szła i widziała wszystko tak niewyraźnie. A najgorzej było jak sobie uświadomiłam, że ja cały czas idę w moich cynglach ! Razem z Martą “przytulałyśmy” się do wewnętrznych części szlaku… Naprawdę – wrażenie T o t a l n i e N i e s a m o w i t e !

W końcu gdzieś w górze, w gęstej mgle, dostrzegliśmy zarys jakiegoś sterczącego pipsztycla. A więc w końcu ! Jest ! Roque Nublo !

Niewiele myśląc pobieżaliśmy do niego najbliżdzym skrótem, tzn. na przełaj pod górkę (znowu po śliskim, gliniastym i trawiastym). Podpierając się rękami i włażąc niemalże na kolanach doczłapaliśmy się do tej kamiennego Dzieła Natury. Nawet się zastanawialiśmy czy oby na pewno to jest to, no ale w końcu ile sterczących pipsztycli, do tego sławnych z powodu swej oryginalności, może być dookoła? Logika podpowiadała że Jeden…

Niestety nic na tej wyspie logiczne nie jest …

Tak że: szybka sesja zdjęciowa przy kamiennym gigancie, choć nawet ciężko było stwierdzić, czy to naprawdę gigant jest. Mgła była taka że stojąc przy nim nie można go było w całości dostrzec. Widoczność – tak na 10 m, albo gorsza. No ale udało się, ustaliliśmy że osiągnęliśmy nasz Cel i w trybie expresowym skierowaliśmy się w dół – oczywiście śliskim skrócikiem. Żeby było szybciej postanowiłam zaliczyć zjazd na tyłku, z czego niesamowicie ubawili się mijający nas młodzi ludzie (ależ to zabrzmiało hehehe). Nie da się ukryć, że idąc przed nami strasznie nas hamowali, bo ścieżka wąska a oni parami i niespiesznie (pewnie, co mieli się spieszyć? Na parkingu zaraz obok mieli samochodzik!). Po drodze zainteresowały ich nasze porzucone siatki z szyszeczkami, ale dzielnie ich wybroniłyśmy hihihi.

Dotarliśmy na parking, skąd skierowaliśmy się na szlak, którym przyszliśmy. Oczywiście jak to w dół, szło się szybciej, choć trzeba było też uważać, ze względu na to, że było ślisko. Zeszliśmy na asfaltówkę i tu spotkała nas miła niespodzianka. Otóż akurat przejeżdżało dwoje z tamtych ludzi i zaoferowało się nas podrzucić :-) . I w sumie Całe Szczęście !!!

Podrzucili nas do San Bartolome – byliśmy tam ok 16tej. I okazało się, że za nic w świecie nie zdążylibyśmy na ten bus co chcieliśmy go w Ayacata złapać ! Za to teraz pozostało nam 2 godzinki oczekiwania na guaguę do domciu. Trochę mieliśmy już dość, byliśmy zmęczeni, już prawie wyschnięci, ale nie było najcieplej. W zasadzie to było całkiem chłodno.
Poszliśmy na kawę, a potem na taki krótki spacer po wiosce. Ostatnim szalonym pomysłem było obranie kierunku na Mirador (punkt widokowy), ale szybko nam się odechciało, jak zobaczyliśmy nachylenie tej drogi, która na niego prowadziła. No a poza tym… hm.. no cóż – w zasięgu naszego wzroku znowu pojawiły się… drzewka migdałowe !! No i tu praktycznie spędziliśmy resztę “wolnego czasu”, głównie na ograbianiu drzewek :) Postanowiliśmy również wypróbować owe dary natury. Hmm.. ciekawe czy któreś z nas odważyło się kolejny raz na próbę zjedzenia Kanaryjskiego Migdałka? One były tak gorzkie, a najgorszy był ich posmak – taki jak aromatyczny olejek migdałowy .. Bleeee…

No i poniekąd tak właśnie zakończyła się nasza wyprawa – o 18tej wsiedliśmy w Guaguę i podryfowaliśmy do domku.

Nie był to jednak koniec atrakcji, bowiem już przed Agüimes trafiliśmy pierw na zasypaną spływającymi z gór (niesionych wodą) kamyczkami ulicę, a zaraz potem – na najprawdziwszą powódź! Ale o tym w następnym odcinku :)

The End

Na koniec małe sprostowanie.
Po powrocie do domu pewna myśl nie dawała nam spokoju, więc postanowiliśmy ją wyjaśnić. No i niestety, to gdzie dotarliśmy okazało się nie być naszym upragnionym Roque Nublo, ale jego “towarzyszem” Roque Fraile ! A wszystko przez tą cholerną mgłę ! Bo przy lepszej widoczności raczej nie dałoby się ominąć naszego Celu, a tak, to nawet dobrze nie widzieliśmy pod czym stoimy. Pocieszający jest natomiast fakt, że byliśmy na tej samej górze; wkurza zaś – że byliśmy Tak Bliziutko !
Nic to – pójdziemy raz jeszcze :)

I tym oto akcentem zakończę tą opowieść. Marta, Mike, jak o czymś zapomniałam to dajcie znać :)

A teraz mówię wszystkim “Dobranoc” i idę w końcu spać, bo już 2ga na zegarze :)

Opublikowane w: on listopad 15, 2006 at 2:32 am Komentarze (5)

Barranco de Guayadeque

Po “ciężkim” zdobywaniu szczytów górskich w liczbie 1 :-) (oczywiście wcześniej też łaziliśmy po górach, ale to był pierwszy pagórek podczas tejże wizyty Marty !!) jeszcze chętniej zasiadłyśmy z Martą nad przewodnikiem i mapą, żeby zlokalizować jakiś równie ciekawy CEL. To co pierwsze przykuło naszą uwagę to właśnie Guayadeque – jest niedaleko, jest wąwozem, więc dla odmiany nie trzeba się wspinać hehehe i miało dość zachęcający opis :)

Barranco de Guayadeque – wąwóz rozciągający się pomiędzy Agüimes a Ingenio, skasyfikowany jako Zabytek Przyrody i Obiekt Kultury. W języku Guanczów, pierwotnych mieszkańców Wysp Kanaryjskich, jego nazwa oznacza “miejsce, którym płynie woda”
(i ponoć kiedyś tam płynęła rwąca rzeka… …tylko pewnie jej się wyschło :) ).
Podobno to jeden z najciaśniejszych wąwozów na Gran Canarii, o pięknym krajobrazie i wysokościach dochodzących do 1500 metrów, schodzący do wschodniego wybrzeża wyspy. Słońce oświetla tylko niewielką jego część, toteż jest w nim wyjąkowo zielono. I to właśnie było to co nas przekonało do wybrania się tam – bo poza palmami i kaktusami na tej wyspie w ciągu lata niewiele tu zieleni, wszystko raczej wysuszone i brązowe. A nam w końcu zabrakło widoku trawy :)
W wąwozie można znaleźć ponad 80 gatunków roślin endemicznych m.in. wysokie sosny kanaryjskie i kostropate krzewy wilczomlecza kanaryjskiego.
Na brzegach “rzeki” Guanczowie założyli osadę. Mieszkali w wykutych w skałach jaskiniach po słonecznej, wschodniej stronie rzeki – w zastygłej lawie kryją się setki jaskiniowych mieszkań, z których wiele jest zamieszkałych do dziś (większość z nich stanowi weekendowe “domki letniskowe”). Po ciemnej – zachodniej stronie chowali zmarłych – odkryto tu liczne miejsca pochówku wypełnione kośćmi i zmumifikowanymi zwłokami z czasów przedhiszpańskich (oczywiście już ich tam nie ma :( ).
Za wyjątkową atrakcję uważa się w Guayadeque wykuty w skale kościół, jak również bary i restauracje w podobny sposób wpasowane w krajobraz.

Przechadzka “Barankiem” :-)

Więc – obrałyśmy CEL podróży i ustaliłyśmy Trasę. Odwaliliśmy poranną robótkę i wyruszyliśmy. Część 1 – dotrzeć do Agüimes. Czyli Guaguą Nr 1 do Cruce de Arinaga i następnie Nr 22 na miejsce docelowe. Kilka dni później oczywiście odkryliśmy, że mamy bezpośredni tam autobus z pod domu… :-)

Agüimes – tu właśnie zaczyna się wąwóz Guayadeque. Kierując się znakami na drodze szliśmy coraz dalej i dalej asfaltową uliczką. Po lewej stronie mijaliśmy nieliczne zabudowania, jedne w skałach, inne nie. Po prawej, w dole rozciągało się dno kanionu. Z góry patrzyliśmy na bardzo zachęcająco wyglądającą ścieżynkę, która wołała do nas “Chodźcie Chodźcie” :-) , i to pojawiała się, to znikała nam z oczu.

Wszędzie w skałach widoczne były mniejsze bądź większe jaskinki. W końcu doszliśmy do miejsca gdzie droga asfaltowa łączyła się z tą naszą Uroczo-Wyglądającą-Z-Góry Dróżką. Asfaltówka (wg mapy) prowadziła dalej, pomiędzy wysokimi górami, do Montaña de las Tierras. Jednak jednogłośnie wybraliśmy powrót Ścieżką :) .

Na tymże samym połączeniu dróg wypatrzyliśmy Jaskinię. Więc oczywiście musieliśmy do niej się wdrapać. Mieliśmy tylko takie niejasne uczucie niepewności, czy czasem nie chodzimy po czyjejś posesji… Bo najpierw szlismy w górę podjazdem samochodowym, aż doszliśmy do domku… ale bez dachu. Dalej w górę pięły się kamienne schodki, ale to wszystko nie wyglądało na całkiem opuszczone. Do tego w “domku” zaczęły ujadać psy… No ale ciekawość zwyciężyła i poleźliśmy dalej w górę.. aż do Jaskinek.

No coż – jaskinka jak jaskinka – otwór w skale :) . Bardzo ładna, prawie zagospodarowana: stary, zmęczony życiem materacyk, oraz cały zestaw butelek po wódce :) . Ale z zewnątrz prezentowała się całkiem należycie, zresztą sąsiednia również, więc popstrykaliśmy sobie pamiątkowe fotki, no i skierowaliśmy się na Ścieżkę Powrotną.

Wracaliśmy dnem wąwozu, po lewej minęliśmy tę słynną knajpę i okoliczne zabudowania, ale nie zaglądaliśmy tam. Wszędzie faktycznie dużo krzaków i roślinek, na skarpach zabudowania gospodarskie, domy wpasowane w skały, szczekające psy. Miło się szło… do momentu aż nam się ścieżka nie urwała !! Chcąc nie chcąc musieliśmy iść tym co było – czyli po kamulach, albo nazywając to po imieniu – po dnie “rzeki” :) . Nietypowa atrakcja – dobrze, że w tym kraju płyną suche rzeki :) .

I tą oto Drogą-Kusicielką dotarliśmy do szosy. Tylko żeby dotrzeć do naszego Estacion de Guaguas musieliśmy teraz wspiąć się do góry! I tym sposobem znaleźliśmy strasznie fajne miejsce – nazwałabym to takim mini Parkiem. W górę prowadziły kamienne ścieżki, bądź kamienne schody. Wokoło pełno zieleni, kwitnących różnokolorowych roślin (nie tylko palm !), do tego nietypowe formacje skalne. Naprawdę pięknie i klimatycznie… Aparat w użyciu non-stop :)

W końcu musiałyśmy jednak opuścić ten raj, bo Mike już od kilku ładnych minut krzyczał za nami z góry – myślał, że oczywiście zgubiłyśmy się :) (jak można się zgubić na takiej małej powierzchni !!).

No i w sumie poczłapaliśmy się do guaguy i pojechaliśmy do domku na na pewno pyszny obiadek, czymkolwiek on był :-)

Opublikowane w: on listopad 9, 2006 at 1:50 am Komentarze (3)

Spacerkiem na Arinagę

To jak zwykle zacznijmy od naukowego wstępu :-)

Arinaga – miejscowość położona w południowo-wschodniej części wyspy, w gminie Agüimes.

Można wyróżnić tu dwie części:

  • Poligono Industrial de Arinaga, gdzie znajdują się liczne zakłady, firemki, warsztaty i inne industrialne twory,

  • oraz to o co nam dziś chodzi czyli Playa de Arinaga – odrębne małe miasteczko leżące przy samym wybrzeżu.

W moim genialnym przewodniku marki Marco Polo napisali, że jest to bardzo nieciekawa mieścina – chyba ten kto to pisał nigdy tam nie był. Bo otóż miasteczko to jest urzekające i urokliwe. Jest ciche i spokojne, ale nie pozbawione życia. Wąskie uliczki i niskie, ładne zabudowania w centrum, a w szczególności biegnąca nabrzeżem promenada ze “śmiesznymi rzeźbami ryb” tworzą niesamowity klimat. Te “śmieszne ryby” też z przewodnika wzięłam – a tak naprawdę to są one hmm… no może faktycznie nie da się ich trafniej określić :) Są śmieszne hihihi. Ale fajnie się wkomponowują w ogólny krajobraz.

Idąc dalej promenadą w kierunku północnym natykamy się na:

  • latarnię morską – standardowo na najbardziej wysuniętym w morze punkcie,

  • oraz z lewej strony naszej drogi – na wzgórze Arinaga liczące sobie 199 m npm.

No i to jest właśnie to co nas dziś interesuje, czyli CEL wyprawy :)

Wyprawa na Arinagę

Korzystając z wizyty naszej kumpelki Marty, zamiast ciągle wylegiwać się na plaży i hodować sadełko, postanowiliśmy w końcu ruszyć nasze kości i “zdobyć” jakiś szczyt. Na początek wybraliśmy niewielkie wzniesienie – właśnie Arinagę.

No więc zjedliśmy pożywne śniadanko i wyruszyliśmy w trasę.
Pierwsza część – droga z Vecindario do podnóżka górki, czyli piechotką do Playa de Arinaga. To tak z 10 km na oko :)
Ale: pogoda dopisywała, słoneczko radośnie przyświecało więc w radosnych nastrojach skierowaliśmy się do naszego Celu.

Szliśmy sobie drogą i otóż natknęliśmy się na taką oto ciekawostkę kanaryjską: nasza droga, dodam że była to droga asfaltowa, będąca częścią skrzyżowania, a dokładniej ronda, łączyła się w pewnym swoim fragmencie… z korytem rzeki !! Rzeki, której oczywiście nie było (bo to tu standard, że rzeki to tylko na mapie są, ale wodę to widzą sporadycznie ). Ciekawe jak tam poruszają się samochody jak spadną wielkie deszcze?? No tak – taka dygresja :)

Więc szliśmy sobie dalej tą drogą-rzeką, mijaliśmy uprawy bananów ukryte pod wielkimi płachtami, czasem zapachniało nam krówką (dla informacji czytających – krówek tu nie ma !!), słońce coraz bardziej dawało się we znaki, a Cel wydawał się wciąż odległy. Ale niestrudzenie brnęliśmy dalej, aż dotarliśmy do naszej promenadki (tej z rybami :) ), gdzie z ulgą zasiedliśmy na popołudniowej kawce w kafejce “La Abuela” czy jakoś tak :) .

Skoro więc udało nam się dotrzeć aż tutaj, nie mogliśmy się zhańbić powrotem bez osiągnięcia szczytu. Tak że po sesji zdjęciowej z rybami i nadbrzeżnym chodniczkiem podążyliśmy w kierunku naszej Góreczki :) .

No i zaczęło się.

Generalnie górka nie jest wysoka, no bo w końcu to tylko 199 m npm (zaznaczyć trzeba, że wspinamy się z wysokości właściwie poziomu morza czyli od 0 m), ale słońce w pełni i temperatura 30 stopni to nie jest to co sprzyja wspinaczkom.

Ale… …DALIŚMY RADĘ !

I już w kilka minut później ze szczytu, na którym znajduje się jakaś stacja badawcza z urządzeniami pomiarowymi, oglądaliśmy zachwycające widoki. Widoki na okoliczne miasta, na lotnisko, na morze, startujące i lądujące samoloty !! Zachwyt na całego :)

Po drodze na górę mijaliśmy opuszczony i niestety zakratowany tunel oraz stare baraki, zapewne pozostałości po jakiejś bazie wojskowej. Były tam pomieszczenia zwykłe gospodarcze, pozostałości kuchni itp, oraz na ścianach ślady po kulach.

Co jeszcze? Dróżka na szczyt jest taka trochę żwirowata, więc nie obyło się bez małego wypadku – i niestety koleżanka Marta nam się na tymże żwirku poślizgnęła i trochę sobie nogę skancerowała. Ale jak przystało na doświadczonego trapera górskiego dzielnie to zniosła :)

Co tu dużo mówić, to chyba byłoby na tyle. Zleźliśmy z pagórka i poczłapaliśmy się do Guaguy Nr 25 (tak z Kubańska nazywają się tu autobusy) i pojechaliśmy do domciu wyleczyć nasze… oparzenia słoneczne :)

Opublikowane w: on listopad 7, 2006 at 2:31 am Dodaj komentarz

Szczypta wiedzy

Pomyślałam, że zanim zacznę opisywać tu to wszystko co mam naokoło, co oglądam i zwiedzam, warto co nieco napisać ogólnie o wyspie, żeby każdy mógł sobie wyobrazić co, gdzie i jak :) A więc troche wiedzy z Wikipedii i innych źródełek:

Informacje ogólne

Gran Canaria – jedna z wysp archipelagu Wysp Kanaryjskich usytuowana na Oceanie Atlantyckim, tuż obok północno-zachodniego wybrzeża Afryki. Sąsiadujące, zamieszkałe wysepki to:
po wschodniej stronie – Lanzarote i Fuerteventura,
po zachodniej stronie – Teneryfa, La Palma, La Gomera i El Hierro.

  • Powierzchnia wyspy: ok.1600 km2,

  • Linia brzegowa: ok 257 km,

  • Położenie: 28º dłg północnej i 15º 35′ dłg zachodniej,

  • Ludność: 802,247 mieszkańców (dane z 2005r.),

  • Najwyższy punkt: masyw Pico de Las Nieves 1949 m npm,

  • Środek wyspy wyznacza wzniesienie Roque Nublo (1813 m npm)

  • Stolica wyspy – Las Palmas de Gran Canaria, położone w północnej części.

Ze względu na swoją różnorodność klimatyczną, różnice geograficzne oraz zróżnicowanej florze i faunie nazywana jest “kontynentem w miniaturze”.

Wyspa ma okrągły kształt:

  • W zachodniej i północno-zachodniej części znajdują się tereny rolnicze, tam klimat jest najbardziej sprzyjający uprawom (głównie pomidory i banany :-) ).

  • Część północna i północno-wschodnia to tereny, gdzie “rozwijają się” wszelkie biznesy wyspy.

  • W środkowej części wyspy rozciągają się masywy górskie pochodzenia wulkanicznego, przedzielane licznymi dolinkami i wąwozami.

  • Na południu panuje najgorętszy klimat – praktycznie nie ma dnia bez słońca :-) To ta część przyciąga turystów. Znajdują się tu liczne plaże – w szczególności znane i odwiedzane to : Maspalomas i Playa del Ingles, Playa/Puerto de Mogan i Puerto Rico.

Komunikacja

Największy port “Puerto de la Luz” znajduje się w Las Palmas de GC, drugi port to “Puerto de Agaete” – położony w zachodniej części w miasteczku Agaete. Oba porty i lotnisko “Aeropuerto de Gando” stanowią główny łącznik wyspy z resztą świata.

Klimat i Turystyka

Ze względu na klimat wyspa jest oblegana przez turystów i z turystyki żyje. Nic w tym dziwnego: średnia temperatura wyspy oscyluje w ciągu roku pomiędzy 18 a 25o C, a przez wszystkie miesiące w roku panuje tu łagodny, wiosenny klimat.

Poniżej tabela średnich miesięcznych temperatur w ciągu roku oraz innych wskaźników obrazujących tutejszy klimat :-)

średnio/miesiąc sty lut mar kwi maj cze lip sie wrz paź lis gru
temperatura/dzień 23 22 22 22 23 24 25 26 26 26 24 22
temperatura/noc 14 14 15 16 17 18 19 21 21 19 18 16
godzin słońca 6 6 7 8 8 9 9 9 8 7 6 5
dni deszczowych 8 5 5 3 1 1 0 1 1 5 7 8
temperatura wody 18 17 17 19 19 20 22 22 22 21 20 19

The End – chyba…

No i to chyba takie najważniejsze informacje, jeśli chodzi o naszą “Małą Tratwę” ;-) A przynajmniej nic mi już do głowy nie przychodzi hehe. Dodać mogę tyle: My mieszkamy na południowym wschodzie, w miejscowości Vecindario. Z ważniejszych rzeczy to przebiega przez nią najdłuższa ulica handlowa na Kanarach : Avenida de Canarias. A poza tym chyba niczym szczególnym mieścina się nie wyróżnia :) .
Mieszkamy nad rybnym, na trzecim piętrze w kamienicy, gdzie klatka schodowa nie różni sie wiele od naszej starej dobrej Warszawskiej Pragi :) więc czujemy się całkiem jak w domu .

I tym oto akcentem zakończmy dzisiejszy wywód :)

Opublikowane w: on listopad 5, 2006 at 10:22 pm Dodaj komentarz

Let’s Start :-)

Mój pierwszy Blog :-)
Wszystko co najważniejsze znajdziecie w About, a tu – to już kolejne historie z życia na Kanarach :)

Idziemy zaraz na grila nad morze, także wzorując się na Kanaryjczykach wszystkim niecierpliwym i nie mogącym doczekać się co mam do przekazania, powiem:

Tranquilo y Mañana :)

(dwa podstawowe słowa, które poznaje się chcąc nie chcąc już w pierwszej minucie pobytu na Kanarach)

A więc: Hasta Luego !!!

Opublikowane w: on listopad 4, 2006 at 5:49 pm Komentarze (1)